Gdynia. Sobotnie popołudnie. Czworo dorosłych i pięcioro dzieci chce jeść. Nie chce nam się gotować w domu. Brzmi jak wyzwanie.
Przerzucamy się nazwami miejsc, które znamy. Po krótkim namyśle nasza niezawodna przyjaciółka pisząca o zarządzaniu sobą i własnym czasem rzuca hasło "Główna Osobowa - tam zawsze jest świetnie." Przekraczamy drzwi na których wisi naklejka obwieszczająca światu, że właśnie wkraczamy do przestrzeni nagrodzonej w czasie Gdynia Design Days. Wchodzimy do niezwykłego i przemyślanego przybytku. Od wejścia jesteśmy zachwyceni. Ewidentnie gorzej znoszą to goście siedzący w drugiej części sali w których oczach widzimy strach. Delikatnym uśmiechem próbujemy rozwiać ich wątpliwości - tak, zamierzamy zostać ze wszystkimi dziećmi. Siadamy we wnęce i zaczynamy.
Karta w Głównej Osobowej jest niezwykła. Nie tylko jako zestaw dań, ale jako artefakt. Chropowate, szarawe kartki imitujące maszynopis spięte są skórzanym paskiem. Motyw skóry pojawia się też przy skrzynce na sztućce i serwetki i fartuchach obsługi. Kojarzy się trochę z Dzikim Zachodem i nieokiełznanymi barmanami, a trochę z berlińskimi kawiarniami i barami.
Zamawiamy lemoniady - gorzką cytrynę i zielony groszek. Gdzieś tam z tyłu głowy mamy wątpliwości czy aby na pewno te lemoniady będą od siebie różne. Chwilę po tym jak lądują na naszym stole przekonujemy się, że Główna Osobowa robi najlepsze lemoniady - delikatnie gorzkie, trochę kwaśne, słodkawe, zbilansowane. Od razu zauważamy, że przecież to też świetny coctail bar. W wielkich słojach widać skórki z cytrusów zasypane cukrem, domowe bittery, syropy cukrowe. Teraz rozumiemy skąd biorą się dobre lemoniadowe receptury.