Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ser. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ser. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 grudnia 2018

Świąteczny koszyk ciastkowych rozkoszy

O tym, że jadalne prezenty to moja słabość wiadomo nie od dziś. W tym roku zainspirowana restauracją Water and Wine postanowiłam przygotować Rozkoszyk.

W Water&Wine nic nie może być zwyczajne. Kiedy na stole pojawił się drewniany koszyk na nici (taki z półeczkami na różnych poziomach, które się rozjeżdzają na dwie strony) nie miałam pojęcia czemu on służyć miałby. Okazało się, że jest to rozkoszyk - koszyk pełen rozkoszy. Były w nim cudowne pralinki - chlebowe, śliwki nałęczowskie, winne. Pralinki nie są moją mocną stroną i czasem źle znoszą loty. Dlatego w tym roku zrobiłam rozkoszne pudełka pełne ciasteczek. 

Podam Wam przepisy na wszystkie - ciastka owsiane z suszoną wiśnią, czekoladą, skórką i migdałami; rogaliki rugelachy na serku philadelphia z orzechami włoskimi i wiśniami; maślane ciastka z tahini i pomarańczą; szybkie pierniczki. Upieczenie tych ciastek zajęło mi 3 godziny - są ich cztery rodzaje. Warto przygotować wcześniej masło, żeby było miękkie; papier do pieczenia i naprawdę robić jedną masę za drugą. Bez popijania winka, gadania przez głośno-mówiący i oglądania serialu. Poza tym, kiedy jedna porcja ciastek jest w piecu trzeba porcjować lub przygotować kolejną porcję. Taka solidna praca bardzo się opłaca, bo wszystko załatwiacie w jednym czasie. Jeśli chcecie do pracy włączyć dzieci to spokojnie zajmie Wam to cały dzień. Dlatego z ręką na sercu - nie radzę robić z dziećmi tak dużo. Za to miłośniczkom pieczenia naprawdę polecam taki maraton z piekarnikiem - to była moja najlepsza część urodzin. 

Ważna jest też kolejność przygotowania ciastek: przygotowujemy masę na rugelachy, robimy ciastka owsiane, wałkujemy masę na rugelachy, przygotowujemy ciastka z tahini, robimy rugelachy, a na końcu pierniczki. Powodzenia! 



Rugelachy z orzechami włoskim i wiśniami 

niedziela, 30 września 2018

Pieczona pita i warzywa, czyli ulubiona śniadaniówka naszych dzieci

Nigdy nie przyszło nam do głowy, że w taki prosty sposób możemy zachęcić dzieci do jedzenia warzyw. Ręce to słowo klucz.


Pewnego dnia dostaliśmy ze szkoły wiadomość. Nauczyciele prosili, żeby rodzice przyjrzeli się śniadaniówkom dzieci. Delikatnie sugerowali, że niektóre dzieci dostają rzeczy, których nie lubią i są przez cały dzień głodne. Zachęcali do rozmowy z dziećmi, sporządzenia listy ulubionych smaków i przygotowania takiej śniadaniówki, którą spokojnie można zjeść palcami. Wśród pomysłów był hummus z warzywami i serek. Poszliśmy za tym tropem. Zapakowaliśmy im do szkoły hummus, pokroiliśmy warzywa i dorzuciliśmy kilka pełnoziarnistych krakersów. Do domu wrócił hummus, który ewidentnie był słabym ogniwem śniadaniówki. Kilka dni później nie mieliśmy w lodówce prawie niczego oprócz światła. Wieczorem lał deszcz, więc naprawdę nie mieliśmy ochoty wychodzić po zakupy. Wtedy też upiekliśmy kawałki pity, bo dzieci lubią chrupiące pieczywo. Pokroiliśmy w paski warzywa (potem dowiedzieliśmy się, że tylko czerwona papryka jest jadalna). Do małego pojemniczka daliśmy serek typu philadephia. Adam sugerował dodatnie masła orzechowego lub tahiny. Tak byłoby pewnie smaczniej. Jednak jedno dziecko w klasie ma koszmarną alergię na orzeszki ziemne i nikt nawet nie próbuje ich przynosić do szkoły.

Popołudniu zobaczyliśmy puste śniadaniówki. Usłyszeliśmy też, że to było najlepsze drugie śniadanie. Bo super kolorowe, bo chrupało, bo można było bezkarnie oblizywać palce. Warzywami można się też było podzielić i wymieniać (zielona papryka za czerwoną...)

Nam w tej śniadaniówce najbardziej jednak smakowała pita. Jest inna niż zwykłe krakersy czy pieczywo ryżowe. Upieczona, doskonale nadaje się do serków, past, hummusów i świeżych warzyw. Nie mięknie tak łatwo, a to ogromna zaleta kiedy trzeba ją przechowywać z marchewkami i ogórkami. Warzywa koniecznie krojcie w cienkie paski lub małe kawałki. Ładniej wyglądają i dzieciom smakują znacznie bardziej niż np. pół marchewki. Takie paseczki łatwiej też zanurzyć w serku. Ze względu na dobro otoczenia nie próbujcie do śniadaniówek wkładać pieczonych buraków (zwykle spadają na jakieś jasne spodnie kolegi).

Wpis powstał we współpracy z Cisowianką i restauracją Water&Wine. 


Czas przygotowania: 20 minut

Składniki na 1 porcję:

1 pita
1 łyżka oliwy z oliwek
1 marchewka
1/2 papryki
1/2 ogórka świeżego
2 łyżki serka typu philadephia 
ew. 1 łyżeczka masła orzechowego lub tahiny

1. Pitę kroimy w trójkąty, smarujemy oliwą z oliwek i pieczemy ok. 5 minut w 200 stopniach Celsjusza.

2. Pitę studzimy.

3. Warzywa myjemy i kroimy w paseczki.

4. Jeśli możemy i chcemy, serek mieszamy z masłem orzechowym lub tahiną i przekładamy do pojemnika.

poniedziałek, 22 maja 2017

Brunost, czyli jak pokochaliśmy brązowy ser

Nasz przygoda z brunostem zaczęła się pewnego poranka w Oslo 2 lata temu. Na śniadanie dostaliśmy chleb, dżem truskawkowy i blok czegoś brązowego


Nasz gospodarz krótko wyjaśnił, że robi nam mały test. Mieliśmy sprawdzić się jako potencjalni Norwegowie. Prostopadłościan w kolorze karmelowym stanął przed nami, a wraz z nim strug do sera (bo tak się nazywa taki śmieszny przyrząd do krojenia twardych serów). Ukroiliśmy sobie po plasterku czegoś, co miało strukturę nieco twardszą niż mozzarella, a w kolorze przypominało kajmak. Lub deskę barlinecką. Powąchaliśmy. Pachniało trochę karmelem, trochę kwasem, trochę zsiadłym mlekiem, a trochę maślanką. Raczej maślanką. Spróbowaliśmy. Plasterek delikatnie się złamał, a potem obkleił język i podniebienie. Był trochę kremowy, delikatnie słodkie i mdły. Pierwsze skojarzenie to chyba cukierki werter's original tylko bardziej karmelowe i kwaskowate. Drugie, Rivella - szwajcarski napój z serwatki.

Brunost to norwesku brązowy ser. Chociaż serowarzy oburzyliby się, że nie ma to nic wspólnego z prawdziwym serem. Nie ma w nim ani grama podpuszczki. Brunost powstaje w procesie wygotowywania serwatki i mleka lub śmietany. Dzięki serii reakcji aminokwasów i cukrów powstaje brązowa masa. Po odparowaniu wody z masy powstaje brunost. Nie trzeba go dojrzewać, można go jeść od razu, a w lodowce może być przechowywany przez kilka miesięcy. W norweskich sklepach leży czasem poza lodówką, więc nie jest wymagający. Dziecięca i uboższa wersja brunosta to prim - pasta kanapkowa o konsystencji i kolorze masy krówkowej, którą łatwo posmarować pieczywo czy gofra.  


Oślańskie kawiarnie i piekarnie wypełnione są o poranku klientami kupującymi obowiązkową kawę (Norwegowie są niekwestionowanymi liderami w konsumpcji kawy) i bułeczkę z brunostem. Bułeczka z brunostem to po prostu bulka i dwa plasterki sera (bez masła). W wersji luksusowej zamiast bułeczki występuje gofr - taki w kształcie klasycznego serduszka przygotowany w gofrownicy, którą można dostać w każdym polskim sklepie, a brązowy ser posmarowany jest konfiturą truskawkową. Brunost to nie tylko słodki ser kanapkowy. Dodaje się go do wypieków i dań wytrawnych. Szczególnie dobrze sprawdza się w sosach nadając im głębokiego, karmelowego smaku. 

W sklepie można znaleźć trzy rodzaje brunosta: ekte geitost produktowany wyłącznie z serwatki mleka koziego; geitost produktowany z mleka krowiego z dodatkiem mleka koziego i fløtemysost produktowany wyłącznie z mleka krowiego. Im więcej koziego mleka, tym intensywniejszy smak. Najpopularniejszym producentem brunosta jest firma Tine, która produkuje aż 13 rodzajów brązowego sera. W każdej norweskiej lodówce można znaleźć kilka rodzajów brunostów. Jak to zwykle bywa, w całej Norwegii jest mnóstwo małych manufaktur zajmujących się produkowaniem sera od szczęśliwych krów i kóz. 

Po spróbowaniu brunosta stwierdziliśmy, że jest pyszny. Zupełnie inny niż cokolwiek, co jedliśmy do tej pory. Nasze dzieci były innego zdania. Nigdy nie widzieliśmy, że ser tak szybko może pokonać drogę z ust do talerza. Jest jednak coś niesamowitego w tym produkcie – jego długa historia, fakt, że jest produktem ubocznym (bo jednak robi się go z serwatki) i norweskość. Dla miłośników natury Norwegia to fiordy. Dla miłośników jedzenia Norwegia to brunost. 


czwartek, 24 marca 2016

Sernik wiedeński "na jedną rękę"

Sernik wiedeński to jedna z najbardziej klasycznych receptur na pieczony ser. I naprawdę można go zrobić jedną ręką. 

Kiedy w jednej ręce urzęduje Mały Człowiek, a na blacie od 24 godzin czekają składniki na najlepszy sernik, trzeba sprawdzić się w roli cukiernika-akrobaty. Będzie dużo cięcia jedną ręką, frywolnego rozbijania jajek i pokracznego wlewania masy serowej do tortownicy tak, żeby Mały Człowiek nie szturchnął lub nie wsadził rąk w masę. Na sernik wiedeński mieliśmy ochotę od dawna. Jest aksamitny w smaku, mocno jajeczny, puszysty, ale nie lekki jak chmurka. W końcu 9 jajek robi swoje. Jajka nadają mu nie tylko pięknego koloru, ale stanowią o jego smaku. Sernik nie ma żadnego spodu, więc robi się go zupełnie szybko i prosto. Wiele przepisów mówi o oddzielnym ubijaniu żółtek z cukrem i białek na pianę, a potem delikatnym łączeniu tych składników. Ja, ponieważ drugą rękę miałam zajętą , nie miałam jak robić tych wszystkich akrobacji. Dodawałam więc do masy serowej po jednym jajku. Sernik jakby mniej opadł niż ten klasyczny wiedeński, ale smak i konsystencja pozostały. Więc nie warto brudzić misek. Ale warto piec, bo przecież pieczenie jest najcudowniejszą terapią o której pisałam tutaj.

Do przygotowania sernika użyłam sera w wiaderku wyprodukowanego przez Piątnicę. Ponieważ jest to mieszanka serka śmietankowego o wysokiej zawartości tłuszczu z twarogiem, do sernika nie dodawałam masła. Jeśli jednak korzystamy z trzykrotnie zmielonego twarogu, musimy do masy dodać 250 g miękkiego masła. Pozostała część przepisu pozostaje bez zmian.


Czas przygotowania: 20 minut
Czas pieczenia: 1 godzina

Składniki*:
800 g sera sernikowego Piątnica (lub trzykrotnie zmielonego twarogu i 250 g miękkiego masła)
250 g cukru pudru
9 jajek
2 łyżeczki mąki pszennej
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (np. domowego)

*wszystkie składniki muszą mieć temperaturę pokojową


1. Piekarnik nagrzewamy do 150 stopni Celsjusza. Przygotowujemy dwa naczynia: tortownicę i naczynie żaroodporne. Zagotowujemy w czajniku ok. 1,5 l wody.

2. Dno i boki tortownicy o średnicy 24 cm wyściełamy papierem do pieczenia. Najlepiej wyciąć kółko na dno i paski na boki i przyłożyć je do wysmarowanej olejem roślinnym tortownicy - dzięki temu nie będą się przemieszczać, a sernik będzie miał ładne i równe boki.

3. Do naczynia żaroodpornego wlewamy wrzątek. Stawiamy na najniższej półce piekarnika.

4. Do misy miksera wkładamy ser (i ewentualnie masło), cukier puder i jedno jajko. Miksujemy do połączenia składników. Dodajemy kolejne jajka POJEDYNCZO - kiedy masa będzie jednolita, wbijamy kolejne jajko. Razem z dziewiątym jajkiem do masy dodajemy też mąkę i ekstrakt waniliowy. Miksujemy 15 sekund.

5. Masę serową wlewamy do tortownicy. Wstawiamy do piekarnika na środkową półkę. Pieczemy przez godzinę. Wyłączamy piekarnik i zostawiamy w nim sernik na 30 minut. Po 30 minutach delikatnie uchylamy drzwiczki piekarnika i zostawiamy sernik do ostygnięcia. Po co? Żeby nie opadał i nie pękał. 

6. Gotowy sernik przechowujemy w lodówce. Możemy go przed podaniem oprószyć cukrem pudrem lub ozdobić polewą czekoladową. 



poniedziałek, 26 października 2015

Zupa krem z dyni z serem manchego

Zupa krem dyniowy z jabłkiem i boczkiem, krem z dyni piżmowej ze słodkimi ziemniakami to nasze jesienne hity. Kremowe zupy w pięknych kolorach są świetną opcją na kolację. Pure z dyni można przygotować wcześniej, a potem używać go do przygotowania zup, sosów do makaronów, ciast, ciasteczek. Puree z dyni można też mrozić zapewniając sobie dostęp do dyni zawsze, kiedy najdzie nas ochota.

Krem z dyni z serem manchego to zupa  z charakterem. Jest mocno śmietanowa i gładka, ma wyraźne nuty czosnku i kremową strukturę. Wszystko to dzięki pieczeniu kawałków dyni z czosnkiem i tartym serem. Zupa nie jest naszym autorskim pomysłem, ale próbą rekonstrukcji kremu z dyni serwowanego przez szefa restauracji Słony - Tomasza Królikowskiego. On używa do zupy sera carskiego z Hajnówki, który uwielbiamy, ale który trudno dostać poza Podlasiem. Spokojnie można go zastąpić tartym serem Bursztyn lub Szafir (dostępnym w dużych marketach). My użyliśmy mocno wyschniętego manchego, który akurat mieliśmy w lodówce. Nie lubimy marnować dobrych serów.

Jesienią uwielbiamy jeść zupy na kolację. Są sycące, rozgrzewające. Nie ma chyba nic lepszego w szaro-bure popołudnie niż talerz ciepłej zupy. Albo filiżanka zupy. Albo kubek. Bo zupy ostatnio lepiej smakują w kubkach lub miskach niż głębokich talerzach.


Liczba porcji: 4

Czas przygotowania: 40 minut

Składniki:
750 g dyni hokkaido
2 ząbki czosnku
1/4 szklanki tartego twardego sera (manchego, bursztyn, carski)
1 szklanka mleka
1/2 szklanki śmietanki 30%
2 szklanki bulionu drobiowego
1 łyżeczka rozmarynu
pestki dyni do podania 



1. Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjusza. 
2. Dynię kroimy w plastry, pozbywamy się pestek. Nacieramy czosnkiem, obsypujemy serem. Zawijamy szczelnię w folię alumioniową i wstawiamy do piekarnika.
3. Kawałki dyni pieczemy do miękkości przez ok. 30 minut.
4. Gotową dynię wyciągamy z piekarnika, ostrożnie zdejmujemy skórę. 
5. Miąższ dyni wkładamy do garnka, dolewamy mleka, bulionu, śmietanę. Wsypujemy rozmaryn. 
6. Zawartość garnka doprowadzamy do wrzenia. Miksujemy do uzyskania jednolitej masy.
7. Gotową zupę doprawiamy solą i pieprzem wedle uznania.
8. Serwujemy solo, z grzankami lub posypaną pestkami z dyni.


środa, 23 września 2015

Wyślij Crust and Dust na EXPO! Krem porowo-jabłkowy z cydrem i uszkami z serem smażonym wielkopolskim i czosnkiem niedźwiedzim

Rozpoczął się drugi etap głosowania w konkursie Poland at EXPO. Jeśli chcielibyście wysłać nas do Mediolanu, wystarczy, że klikniecie w TEN link i oddacie głos (żadnego podawania maili - 2 sekundy). Będziemy mieli szansę blogersko reprezentować Polskę na ‪Expo.

Do 24.09 można głosować na nasz przepis oddając jeden głos dziennie. Tym razem proponujemy zupę krem porowo-jabłkowy z cydrem i uszkami wypełnionymi farszem z wielkopolskiego sera smażonego i czosnku niedźwiedziego.

Wielkopolski ser smażony to zupełny obłęd. Pierwszy raz spróbowaliśmy go w rodzinnym domu naszego przyjaciela w Bydgoszczy i na pierwszy rzut oka nie wydawał się niczym interesującym. Po jakiejś godzinie rozlał się po całej desce serów i wtedy zwróciliśmy uwagę, że jest jakiś inny niż wszystkie sery. To ser zgliwiały (czyli taki zżółkły twaróg), który się smaży doprawiając solą i czasami kminkiem. Wielkopolski ser smażony został wpisany do unijnego rejestru jako Chronione Oznaczenie Geograficzne. Pamiętam jak ten sam przyjaciel A. eksperymentował ze zrobieniem sera metodą chałupniczą. Ser świetnie nadaje się na kanapki, ale w tych uszkach jest po prostu cudowny. Po przegryzieniu cienkiego ciasta czujemy taki przyjemny, kremowy "sos" z nutką czosnku niedźwiedziego. Wspaniałe!


Czas przygotowania: 40 minut
Liczba porcji: 2

Składniki:
zupa:
200 g pora
100 g jabłek
2 łyżki oleju rzepakowego
100 ml cydru
300 ml wywaru drobiowego

uszka:
1 szklanka mąki orkiszowej
¼ szklanki ciepłej wody
50 g wielkopolskiego sera smażonego
½  łyżeczki czosnku niedźwiedziego

podanie:
1 łyżeczka czosnku niedźwiedziego
1 łyżka oleju rydzowego

1. Por kroimy w paski, jabłka siekamy.
2. Na oleju dusimy pory i jabłka przez 5 minuty mieszając, dodajemy cydr, wywar drobiowy i gotujemy kolejne 10-15 minut, aż por zmięknie.
3. W czasie, gdy gotujemy zupę, przygotowujemy uszka.
4. Mąkę mieszamy z wodą do uzyskania jednolitej masy pierogowej. Przykrywamy folią spożywczą i odstawiamy na 5 minut.
5. Ser mieszamy z czosnkiem niedźwiedzim.
6. Ciasto wałkujemy na grubość 2 mm, wykrawamy kwadraty. Na środek każdego wkładamy odrobinę sera z czosnkiem niedźwiedzim. Formujemy uszka.
7. Zagotowujemy 1 litr wody, delikatnie ją solimy. Gotujemy uszka do momentu, aż wypłyną. Wyjmujemy z wody i odstawiamy.
8. Gotową zupę miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji.
9. Serwujemy z uszkami, skropioną olejem rydzowym i oprószoną czosnkiem niedźwiedzim.


piątek, 18 września 2015

Spaghetti z boczkiem, kaparami i bursztynem w 10 minut

Kiedy pierwszy raz spróbowaliśmy sera bursztyn, pomyśleliśmy że to musi być jakiś produkt z importu. Smakował tak zacnie - był kremowy i wyrazisty, delikatnie rozpływał się na języku chociaż miał zwartą strukturę. Wszystko przez to, że zwykle kupowaliśmy ser morski, ser gouda, ser "jakiśtam" i one wszystkie smakowały prawie tak samo. I prawie nie robiło tu naprawdę wielkiej różnicy. Jak chcieliśmy kupić dobry ser, to kupowaliśmy jakieś polskie sery zagrodowe. Albo francuskie. 

Na szczęście, bursztyn jest już dostępny we wszystkich marketach i naprawdę jest warty swojej ceny.  (Jak ostatnio sięgaliśmy po niego w sklepie, dobrotliwa starsza pani zasugerowała, że sery paczkowane są na pewno równie dobre, a dwa razy tańsze. Nie są nawet w tej samej lidze.) Świetny na kanapki, do zapiekanek, sosów i makaronów. Dojrzewa przez 6 miesięcy i w tym czasie nabiera intensywnego smaku, który zostaje na kubkach smakowych i w pamięci.

Dlatego z wielką lubością ścieramy ten ser na tarce i dodajemy do makaronu razem z kaparami po to, by mieć pyszny obiad w 10 minut. Sekretem tego dania są delikatnie chrupiące kapary. Zwykle kapary po prostu wrzucaliśmy do makaronu tuż przed podaniem, ale tym razem zupełnie przez przypadek zamiast do makaronu wrzuciliśmy je na patelnię. Ten nieplanowany wypadek przy pracy okazał się rewelacyjny - chrupiące kapary mają zwartą strukturę, chrupiącą skorupkę i nie rozłażą się, a do tego wydają się ostrzejsze niż zwykle. 

Jeśli chcecie mieć gotowe danie w 10 minut musicie przygotować garnek, patelnię i nożyczki (szybciej się tnie boczek nożyczkami niż nożem - taki mały patent na oszczędność czasu). 

Wpis powstał we współpracy z  Cisowianka - Gotujmy Zdrowo - Mniej Soli.


Czas przygotowania: 10 minut
Liczba porcji: 2

Składniki:
200 g spaghetti
2 łyżki kaparów
2 łyżki oliwy z oliwek lub oleju
6 plastrów wędzonego boczku
4 łyżki tartego sera bursztyn 

1. Wstawiamy wodę na makaron i jej nie solimy (kapary i boczek są wystarczająco słone).
2. Boczek kroimy lub tniemy w cienkie paski.
3. Na patelnię wlewamy olej, wrzucamy kapary i smażymy 4 minuty.
4. Do zagotowanej wody wrzucamy makaron i gotujemy zgodnie z czasem podanym na opakowaniu.
5. Do kaparów dodajemy boczek i smażymy mieszając co jakiś czas kolejne 5 minut.
6. Spaghetti odcedzamy, wkładamy do garnka. Dodajemy zawartość patelni, dokładnie mieszamy. 
7. Makaron układamy na talerzach i posypujemy serem. 
8. Smacznego! 


środa, 2 września 2015

Tarta z serem gruyere i pomidorami - piękna i szybka

Bardzo lubimy tarty i nie znamy nikogo, kto ich nie lubi. Tarty zawsze się udają, świetnie wyglądają, są szybkie i mają jedną wielką zaletę: są podzielne. Dziś są kolacją, a jutro lądują w pudełku na lunch. 

Dzisiejsza tarta to wspaniała przekąska do wina albo lekka kolacja. Pomidory, ser gruyere, opcjonalnie odrobina boczku i świeży tymianek. Pięć minut przygotowań i 20 minut w piekarniku. Pomidory w naszym domu są na liście produktów zakazanych ze względu na alergię naszej córki. Dlatego z taką radością przygotowujemy szybkie pomidorowe dania, którymi raczymy się we własnym towarzystwie. Wiemy, że dziecko z alergią powinno wiedzieć, że czegoś mu nie wolno. Ale nie wyobrażam sobie jak można przejść obojętnie obok tak pięknej tarty. A tarta jest piękna przede wszystkim ze względu na kolor pomidorów i te ładnie nacięte brzegi. Nacinanie ciasta zajmuje dosłownie chwilę, a dzięki temu tarta wygląda po prostu pięknie.

W tarcie nie ma dodatku soli - wystarczy tej, która zawarta jest w boczku i serze.



Czas przygotowania: 5 minut
Czas pieczenia: 20 minut

Składniki:
1 opakowanie ciasta francuskiego
2 pomidory średniej wielkości
100 g tartego sera gruyere
2 plastry wędzonego boczku
2 gałązki tymianku
1 łyżeczka oleju
1 jajko
1 łyżka wody


1. Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180 stopni Celsjusza.
2. Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia. Układamy na nim ciasto. Boki ciasta nacinamy w 5 miejscach. 
3. Pomidory myjemy i kroimy w plasterki.
4. Na patelni rozgrzewamy olej i wrzucamy boczek. Smażymy, aż stanie się chrupiący. Gotowy boczek łamiemy na kawałeczki.
5. Na środku ciasta francuskiego (tak na ok. 60% jego powierzchni) układamy ser, posypujemy boczkiem. Układamy pomidorki, oprószamy tymiankiem.
6. W kubeczku rozkłócamy jajko z wodą. 
7. Boki ciasta francuskiego zawijamy do środka tak, żeby było widać pomidory. Ciasto smarujemy jajkiem.
8. Gotową tartę wstawiamy do pieca i pieczemy do zezłocenia (ok. 20 minut).

Wpis powstał we współpracy z Cisowianka - Gotujmy Zdrowo - Mniej Soli. 

poniedziałek, 16 marca 2015

Czerwony makaron w sosie serowym w 10 minut

Czy w dziesięć minut można zrobić coś niebanalnego? Oczywiście, jeśli masz pomysł i potrzebne składniki. To jest przepis na nasz ulubiony makaron "last minute". Wszystko w nim jednak zależy od składników, bo niby można użyć zwykłego spaghetti w miejsce ostrego tagliolini i zwykłego brie w miejsce sera Neufchatel, ale wtedy będzie mniej wykwintny i mniej wyrazisty. A przecież im mniej składników, tym bardziej liczy się ich charakter. Uprzedzając pytania, piszemy że świeże czerwone tagliolini i ser kupiliśmy w Lidlu, a pistacje - na bazarku.


Czas przygotowania: 10 minut

Składniki: 
100 g sera coeur de Neufchatel
250 g makaronu tagliolini z peperoncino
1 łyżka oliwy z oliwek
1 ząbek czosnku
2 łyżki pistacji 



1. Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu.
2. W międzyczasie przygotowujemy nadzienie.
3. Ząbek czosnku siekamy.
4. Na patelni rozgrzewamy oliwę z oliwek, dodajemy czosnek, pokrojony w plastry ser.
5. Na bardzo małym ogniu rozpuszczamy ser.
6. Odcedzamy makaron.
7. Makaron przekładamy na patelnię i całość dokładnie mieszamy.
8. Pistacje siekamy i oprószamy nimi makaron.


wtorek, 15 lipca 2014

Halloumi z marynowanym arbuzem

Słodkie? Słone? Kwaśne? Wszystko na raz. Idealna przekąska na lato - halloumi z marynowanym arbuzem. Brzmi nieźle - tylko co to do licha jest halloumi? To taki cypryjski ser, trochę podobny konsystencją i smakiem do niewędzonego oscypka. Tradycyjny ser halloumi wytwarza się z mleka owczego i koziego, dodaje podpuszczkę i dojrzewa. Teraz, żeby było efektywniej (czytaj: taniej) większość serów wytwarza się z mleka krowiego i rzadko się je dojrzewa. Halloumi jest słony, sprężysty i świetnie nadaje się do smażenia i grillowania. Oto kolejna zaleta tej przystawki: ser jest ciepły, a arbuz chłodny. Ser jest słony, arbuz rześki i słodkawy. Gra kontrastów jest absolutnie fantastyczna!
Halloumi można kupić np. w sklepach z orientalną żywnością i Kuchniach Świata. Arbuzy są raczej wszędobylskie.
Przepis Michaela Symona pochodzi z letniego wydania Food Network Magazine. 


Czas przygotowania: 10 minut
Czas oczekiwania: 60 minut

Składniki na 4 porcje:
50 g halloumi
2 łyżki oliwy z oliwek
4 cienkie plasterki arbuza
2 łyżki płatków migdałowych
5 liści mięty
1 łyżka miodu
1 ząbek czosnku
3 łyżki octu winnego
1/3 szklanki oliwy z oliwek


Arbuza kroimy w trójkąty, pozbywając się pestek. Czosnek drobno siekamy lub przeciskamy przez praskę. Dodajemy do miski wraz z oliwą, octem i miodem. Energicznie mieszamy. Gotowym sosem smarujemy arbuza i wkładamy do lodówki na godzinę. W międzyczasie prażymy migdały: płatki migdałowe wrzucamy na suchą patelnię i mieszając podgrzewamy je do zezłocenia. Złote płatki szybko przekładamy na talerz.
Liście mięty siekamy. Ser kroimy w 4 plasterki. 
Na patelnię wlewamy oliwę, smażymy ser z dwóch stron do zezłocenia (ok. 2 minuty z każdej strony). Plasterki sera układamy na talerzu, na nim kładziemy plastry arbuza, oprószamy migdałami i miętą. Podajemy natychmiast. 

sobota, 19 kwietnia 2014

Jajka faszerowane - trzy nowe pomysły

Dzisiaj chcemy Was zachęcić do zrobienia jajek faszerowanych "last minute". Nie wymagają przekrawania skorupki. Wymagają za to nieco odwagi, bo nie przypominają ani trochę klasycznego polskiego jajka faszerowanego z posiekaną pietruszką i zasmażoną na wierzchu bułką tartą. Żeby nie było wątpliwości - takie klasyczne jajka uwielbiamy, ale są tylko dwa domy, gdzie je jemy - u cioci A. i u cioć M. Ponieważ sami nie potrafimy ich zrobić tak doskonale jak nasze ciocie, próbujemy innych wersji.
Pierwsza wersja to jajka sezamowe z dodatkiem sezamowej pasty tahini, oleju sezamowego i prażonego sezamu; druga wersja - to jajka z awokado, kwaśną śmietaną i posiekanym ogórkiem; trzecia wersja - to jajka z łososiem, dymką, serkiem typu philadephia i wędzonym łososiem. Jajka pięknie wyglądają na talerzu, są delikatne i pyszne.
Smacznego Wielkanocnego jajka, Drodzy Czytelnicy!!! 


Czas przygotowania: 30 minut

jajka z sezamem
12 jaj najlepszej jakości
3 łyżki tahini
4 łyżki oleju sezamowego
2 łyżki majonezu
6 łyżek ziaren sezamu

Jajka wkładamy do garnka, zalewamy wodą tak, by je dokładnie przykryła. Wodę doprowadzamy do wrzenia, garnek przykrywamy pokrywką, zdejmujemy z ognia i odstawiamy na 15 minut. Po tym czasie jajka odcedzamy i przelewamy lodowatą wodą. Obieramy i przekrawamy na pół. Z każdej połówki wyciągamy żółtka i wkładamy do miseczki. Do żółtek dodajemy tahini, olej sezamowy i majonez. Dokładnie mieszamy. Gotową masą wypełniamy każdą połówkę jajka. Na zimną patelnię wrzucamy ziarna sezamu i podgrzewamy na największym ogniu mieszając przez około 2-3 minuty (aż ziarna nabiorą złotego koloru). Szybko przesypujemy je na talerz, studzimy i posypujemy nimi jajka. 

jajka z awokado
12 jaj najlepszej jakości
4 łyżki śmietany
2 łyżki musztardy
2 łyżki majonezu
1/2 dojrzałego awokado
świeży ogórek

Jajka wkładamy do garnka, zalewamy wodą tak, by je dokładnie przykryła. Wodę doprowadzamy do wrzenia, garnek przykrywamy pokrywką, zdejmujemy z ognia i odstawiamy na 15 minut. Po tym czasie jajka odcedzamy i przelewamy lodowatą wodą. Obieramy i przekrawamy na pół. Z każdej połówki wyciągamy żółtka i wkładamy do misy blendera. Dodajemy śmietanę, musztardę, majonez, awokado i blendujemy do uzyskania jednolitej masy. Ogórek myjemy i ścieramy na tarce o grubych oczkach. Każdą połówkę jajka wypełniamy farszem z awokado i dekorujemy startym ogórkiem.

jajka z łososiem
12 jaj najlepszej jakości
1/4 szklanki majonezu
1/2 opakowania serka typu philadephia
1 cebula dymka
100 g wędzonego łososia

Jajka wkładamy do garnka, zalewamy wodą tak, by je dokładnie przykryła. Wodę doprowadzamy do wrzenia, garnek przykrywamy pokrywką, zdejmujemy z ognia i odstawiamy na 15 minut. Po tym czasie jajka odcedzamy i przelewamy lodowatą wodą. Obieramy i przekrawamy na pół. Z każdej połówki wyciągamy żółtka i wkładamy do misy blendera. Dodajemy majonez, serek, posiekaną dymkę i połowę łososia (50g). Wszystkie składniki blendujemy na jednolitą masę. Pozostałego łososia kroimy na cienkie plasterki. Każdą połówkę jajka wypełniamy łososiowym farszem, dekorujemy posiekanym łososiem. 


środa, 13 listopada 2013

Jak przygotować deskę serów? Krótki przewodnik

Zaprosiliście gości. Obiecywaliście sobie, że tym razem w menu będą te śliczne tarteletki - przepis na nie dodaliście nawet do ulubionych. A do tego jeszcze takie małe ptysie z wytrawnym kremem, jakie robiła mama przyjaciółki. Jeszcze dwa dni przed spotkaniem byliście przekonani, że tym razem się uda. Ojej, przychodzą już dzisiaj?! 
Deska serów to świetne rozwiązanie na przygotowanie czegoś w ostatniej chwili. Większość ludzi lubi sery. Doskonale nadają się do wina czy piwa. A nawet jak ktoś sera nie lubi, to z uznaniem popatrzy na ładnie zaaranżowaną deskę. Można pójść na żywioł i położyć na desce to, co wpadnie w ręce -  trochę żółtego, trochę pleśniowego, jakieś korniszony, kawałki chleba lub bagietki i już. Potem wystarczy udawać, że chaos na talerzu to efekt zamierzony. Można jednak sprawę bardziej przemyśleć.  Okazuje się, że są reguły, które w tym pomagają.


Zaczynamy. 

1. Deska. Można kupić prawdziwą deskę do serów (nasza - ta ze zdjęcia - pochodzi z empiku). Można kupić kamień do podawania serów lub podać sery na desce do krojenia (byle nie tej, której codziennie używacie do siekania cebuli i czosnku), półmisku czy okrągłym talerzu.

deska do serów, Kolekcja Winnym Szlakiem, Empik

kamień do podawania serów, Jamie Oliver, TK Maxx


2. Ilość. Trzeba zakładać, że na osobę potrzebujemy 30 g każdego rodzaju sera. Ilość rodzajów sera zależy od Was. Jeśli chcecie, żeby deska serów była jedyną przekąską na imprezie, to warto zaopatrzyć się w 5-6 gatunków sera. Jeśli ma stać razem z deską mięs, wystarczą 3 rodzaje. Jest jeden wyjątek. Są sery, które mają silny charakter. Swoim smakiem, aromatem i wyglądem przyćmią wszystko. Takim serem jest na przykład Niebieski Książę, doskonały polski ser zagrodowy. Jeśli chcecie pokazać światu swoje serowe odkrycie - nie róbcie mu konkurencji. Jeden rodzaj sera też może wystarczyć, żeby cieszyć oko, podniebienie i uszy (bo przecież nie ma nic lepszego niż słowa uznania dla odwagi gospodarzy). 

3. Rodzaje sera. Jeśli mamy taką możliwość, warto położyć sery produkowane z różnego rodzaju mleka - np. jeden krowi, jeden kozi, jeden owczy. Warto pamiętać, że sery te powinny mieć podobny charakter (delikatne z delikatnymi, ostre z ostrymi). Dla przykładu, oscypek może wylądować na talerzu z serem z Wiżajn, ale raczej tym wędzonym. Można też stosować oznaczenie geograficzne i podać sery tylko polskie, albo tylko francuskie. Można też wprowadzić element edukacyjny i pochwalić się np. serami z Podlasia. Ale to trudne, jeśli mamy mało czasu. Wtedy wybierzmy sery podobne charakterem. 

4. Aranżacja talerza. Sery kładziemy zgodnie ze wskazówkami zegara. Najdelikatniejszy ser ląduje na godzinie 12:00 i kolejno przechodzimy do coraz intensywniejszych. Warto o tym powiedzieć swoim gościom. Dzięki temu, będą mogli poczuć różnicę (zaczynając od najintensywniejszego sera, nigdy nie docenimy najdelikatniejszego). Jeśli macie taką możliwość, napiszcie na karteczkach nazwy serów, przyklejcie je do wykałaczek i wetknijcie w deskę. 

5. Dodatki. Świetnymi dodatkami do serów są oczywiści orzechy (najlepsze - włoskie), ale też suszona żurawina, rodzynki, suszone morele, oliwki, nawet miód. Doskonale sprawdzi się też konfitura z jarzębiny. Można je wszystkie położyć na desce do serów (miód trzeba przelać do mniejszego naczynia, żeby się nie rozlewał). Warto też przygotować koszyczek z pokrojoną bagietką lub małymi krakersami. 

6. Serwujemy! Sery wyjmujemy z lodówki na godzinę przed podaniem. Dzięki temu będzie można delektować się pełnią smaku. Każdy rodzaj sera kroimy innym nożem. To ważne! Chodzi o to, żeby drobinki jednego sera nie zostały na nożu i nie przykleiły się do drugiego rodzaju sera. Chcemy przecież delektować się każdym z nich oddzielnie. Dlatego też dobrze nie przesadzać z ilością sera na desce - lepiej w trakcie degustacji dołożyć kilka kawałeczków niż zrobić na desce "serowy tłok". 

7. Przechowywanie. Serów nie powinno się przechowywać w folii spożywczej - szybciej pleśnieją. Lepiej zawinąć je w papier śniadaniowy lub przechowywać w naczyniu z kloszem. My sery przechowujemy w szklanej maselniczce. 


Nasza deska serów składała się z:
- sera korycińskiego z czarnuszką
- sera korycińskiego z czosnkiem
- rolady koziej dojrzewającej 
- sera camembert Saint Benoit
- sera Lazur z niebieską pleśnią
- suszonej żurawiny
- orzechów laskowych

Podaliśmy do niej krakersy i bagietkę na zakwasie. I czerwone wino.

czwartek, 7 listopada 2013

Co przywieźć z wyprawy do Szwajcarii?

Co robicie, kiedy kończy się Wasz urlop, który spędzacie gdzieś daleko? My robimy zakupy. Kupujemy zwykle magnes na lodówkę dla naszej koleżanki, ale oprócz magnesu przywozimy oczywiście suweniry spożywcze. Bardzo lubimy wyprawy do sklepów spożywczych w innych krajach. Ich scenariusz jest zazwyczaj taki sam: najpierw błądzimy jak dzieci we mgle, potem orientujemy się, że wokół jest mnóstwo rzeczy dostępnych bez problemu w Polsce, czasem tylko pod innymi nazwami, a potem przyglądamy się rzeczom dla nas nowym. I te zazwyczaj kupujemy w ciemno. Dzisiaj przedstawiamy 11 produktów, które musicie przywieźć ze Szwajcarii. Ostatnio M. zrobiła w tej sprawie dokładne rozpoznanie w terenie. Lista jest subiektywna i można ją dowolnie rozszerzać.

Szwajcaria kojarzy nam się przede wszystkim z serami i czekoladą. Nic dziwnego, skoro i sery i czekoladę mają wyborne. Poprzestanie na tych dwóch byłoby jednak grzechem. Szwajcaria na pewno nie jest największym krajem, ale swym bogactwem kulinarnym z pewnością mogłaby równać się z większymi sąsiadami. Zresztą, to właśnie z nimi - z Włochami, Niemcami, Austrią i Francją - Szwajcarzy dzielą różne części swojego kulinarnego dziedzictwa.
Do szwajcarskiego sklepu spożywczego wpadłam z Kasią z Chillibite i Maćkiem Mediafunem, zaczęliśmy przeczesywać półki z czekoladami, a potem Kasia i ja ruszyłyśmy na polowanie w nieznane rewiry. Oprócz tego, co tu wymienię jest pewnie tysiąc innych rzeczy, które koniecznie zjeść/przywieźć, ale te wydają mi się najciekawsze. 

1. Rivella
www.rivella.com

Rivella to szwajcarski sposób na wykorzystanie serwatki powstałej przy produkcji serów. Rivella jest delikatnie gazowanym, słodkim napojem, który w Szwajcarii widziałam częściej niż Coca Colę.  Nie zawiera sztucznych barwników ani konserwantów. Oprócz wersji klasycznej z czerwoną etykietą, jest Rivella light z etykietą niebieską i Rivella z ekstraktem z zielonej herbaty z zieloną etykietą. Ta ostatnia smakowała mi najbardziej. Ciekawostka: rocznie produkuje się 100 milionów litrów Rivelli. 
Półlitrowa butelka Rivelli kosztuje około 1,5 CHF. 

2. Bundnerfleisch - suszona wołowina 

suszona wołowina w restauracji Furii 

W kantonie Graubunden produkuje się pyszną suszoną wołowinę. Mięso marynuje się w solance z białym winem i ziołami. Następnie suszy się je przez wiele tygodni na mroźnym powietrzu. Dzięki tym zabiegom, wołowina ma piękny intensywny czerwony kolor i niezapomniany smak - jest kwintesencją umami. Dobrze przechowywana, nie ma terminu "przydatności do spożycia". Stugramowa paczka tego rarytasu kosztuje około 10 CHF.

3. Ser Belper Knolle

www.culturecheesemag.com

Jeśli kiedykolwiek znajdziecie w szwajcarskim sklepie ten ser, kupujcie od razu. Nawet jeśli cena Was zaskoczy. Jest to ser z krowiego mleka w kształcie kuli otoczonej w pieprzu, czosnku i soli himalajskiej. Dojrzewając powoli, ser staje się twardy. Można go wtedy kroić na plasterki cienkie jak papier i podawać dosłownie ze wszystkim - pieczonym mięsem, sałatą, makaronem czy krewetkami. Smakuje obłędnie, rozkosznie rozpuszcza się na języku, ale nie dajcie się zwieść: chwilę później poczujecie wszystkie przyprawy którymi był otoczony. Cena: około 10 CHF.

4. Ser Raclette
sklep z serami w Les Diablerets

Niby w Polsce też można kupić ser raclette, ale uwierzcie - żaden z tych które jadłam do tej pory nie był tak dobry jak ten kupiony w sklepie z serami w Les Diablerets. Ten szwajcarski ser ma wyjątkowy smak i oczywiście zapach. A do tego konsystencję, która pomaga mu się rozkosznie upłynniać. Cena: około 24 CHF/kg

5. Ser Vacherin
Jeśli macie ochotę na prawdziwe szwajcarskie fondue (np. z naszego przepisu), musicie zaopatrzyć się w sery: gruyere i vacherin. Dobry Gruyere jest dostępny w Polskich sklepach, Vacherin już niekoniecznie. A bez niego fondue straci coś ważnego. Jeśli zdecydujecie się na jego zakup, pamiętajcie, że ser pachnie intensywnie, zwłaszcza w podróży poza lodówką. Cena: około 26 CHF/kg

6. Toblerone


Kto nie zna trójkątnej czekolady w złotym opakowaniu? W Szwajcarii czekolada ta występuje w kilku rodzajach niedostępnych w Polsce. Co więcej, można wybrać niestandardowe opakowanie i uniwersalny prezent dla rodziców/dziadków/wujków/kolegów z pracy gotowy. 

7. Ovomaltine 

www.ovomaltine.ch

Jest to marka pod którą kryje się przede wszystkim kakao do picia, ale też czekolady i to, co polecamy najbardziej - czekoladowe smarowidło z chrupiącymi cząstkami w środku. Nie jest to produkt typowo szwajcarski (produkują go Belgowie), ale widzieliśmy go w Szwajcarii na każdym kroku. Można się tylko domyślać, że szwajcarskie dzieci są nim zachwycone. Cena: ok. 3 CHF.
A teraz pozycje tylko dla dorosłych:

  8. Bitter des Diablerets z kantonu Valais


Historia trunku sięga 1876 roku. Wtedy zaczęto destylować alkohol z alpejskich ziół, który serwuje się jako aperitif lub digestif. Sam destylat pięknie pachnie i jest delikatnie słodki. Wyśmienicie smakuje z syropem z czarnej porzeczki. Jeśli ktoś cierpi na ból głowy, powinien raczej wymieszać go z lodem i odrobiną wody gazowanej. Cena: około 20 CHF

 9. Damascino z kantonu Jura


www.damascino.ch

W Szwajcarii uprawia się szczególny gatunek śliwek - śliwki damasceńskie. Ich owoce są niewielkie i mają niejednolity kolor - od fioletowego do jasnozielonego. Najbliżej im chyba do naszych rodzimych węgierek. Z tych śliwek produkuje się brandy o wdzięcznej nazwie Damascino. Świetnie nadaje się do deserów. Cena: 85 CHF

10. Wino z Valais 

www.vinorama.ch 

Jest takie miejsce na Ziemi, gdzie winorośle rosną na kamiennych schodach wykutych w skale, które winiarze wzmacniają co roku we wrześniu, tuż po winobraniu. Petit Arvine to chyba najlepsze białe wino, jakiego kosztowaliśmy - owocowe nuty, bogaty aromat. Jest takie miejsce w drodze z Montreaux do Lozanny w którym sprzedają tylko lokalne wina. To miejsce to Vinorama - można tam obejrzeć film o okolicznych winnicach, degustować wina, w końcu zaopatrzyć się w to, które smakuje najbardziej. Swoją drogą, szwajcarskie wino trudno dostać poza Szwajcarią. Dlatego tym bardziej warto poznać to bogactwo na miejscu. Cena za butelkę: od 10 CHF.

11. Kirsch

Destylowanie czereśni nie jest dla Szwajcarów czymś nowym. Pierwsze wzmianki o czereśniowym brandy pojawiały się już w XIII wieku. Kirsch jest alkoholem uniwersalnym - świetnie pasuje do lodów, czekoladowych tortów, jest też niezbędnym składnikiem fondue. Za półlitrową butelkę trunku zapłacimy około 30 CHF.

wtorek, 29 października 2013

Szwajcarskie fondue „moitié-moitié”

Kiedy na blogu Chillibite zobaczyłam informację o konkursie, w którym można było wygrać wycieczkę do Szwajcarii, pomyślałam, że byłoby wspaniale "ugryźć" taki różnorodny kraj. Udało się. Czworo blogerów, jeden zawodowy fotograf i jedna specjalistka od Szwajcarii ruszyło na podbój kraju serem i czekoladą płynącego. Przez cztery dni smakowaliśmy dziczyzny, regionalnych serów, kasztanów i innych szwajcarskich dóbr, o których napiszę jeszcze oddzielnego posta na blogu. Dzisiaj czas na fondue.


Prawdziwego szwajcarskiego fondue kosztowaliśmy w Les Diablerets. Les Diablerets to mała miejscowość położona w alpejskiej dolinie, ze wszystkich stron otoczona górami. Legenda głosi, że wszystkie lawiny schodzące z gór są wywoływane przez diabły grające w kręgle i usiłujące zbić najwyższy szczyt w okolicy. Podczas naszej szwajcarskiej wyprawy diabły najwyraźniej spały i dały nam w spokoju cieszyć się urokami gór. I szwajcarską kuchnią, oczywiście. Nic - oprócz czekolady - nie kojarzy się ze Szwajcarią tak jak serowe fondue. Dla wielu Szwajcarów fondue to szybki sposób na energetyczną regenerację po całodziennych zmaganiach z zimowymi stokami.

 

Klasyczne fondue przygotowuje mężczyzna (głowa rodziny), który stoi nad garnkiem i miesza ser. Nie bez znaczenia jest tu jego rodzaj : każdy region ma swoje ulubione typy, ale połączenie vacherin i gruyere’a uznane jest za klasyk. W Auberge de la Poste (czyli starym budynku pocztowym przerobionym na restaurację) mogłam podszkolić się w sztuce mieszania sera i - jak na prawdziwego faceta przystało - dałam sobie radę! Tam też poczułam, że w jedzeniu fondue jest coś magicznego – wszyscy w ciszy z wielkim skupieniem wkładali swoje kawałki chleba do caquelon (tak się nazywa naczynie do fondue), pieczołowicie nabierali ser i z namaszczeniem zjadali. Może wcale nie chodziło o magię ale o strach - tego, kto upuści chleb spotyka bowiem kara (np. bieganie po mrozie bez kurtki, a potem bez butów, koszulki...). Niezależnie od tego jest wiele przyjemności w takim wspólnym biesiadowaniu, jedzeniu z jednego garnka, ostrożnym nabieraniu kęsa za kęsem. Spokój, dobre jedzenie, dobrzy ludzie wokoło i mnóstwo pozytywnych emocji.
Po moim powrocie zrobiliśmy oczywiście fondue w domu. Jeśli i Wy macie ochotę, podajemy przepis.



Czas przygotowania: 20 minut

Składniki:
1 bagietka pszenna
200 g sera Vacherin
200 g sera Gruyere
150 ml białego wina stołowego
1 ząbek czosnku
½ łyżeczki gałki muszkatołowej
2 łyżki kirschu (opcjonalnie)
pieprz

Bagietkę kroimy w kostkę 2 cm. Sery kroimy w małą kostkę lub ścieramy na tarce o grubych oczkach. Wrzucamy do garnka, wlewamy wino, dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę (lub bardzo drobno posiekany), gałkę muszkatołową. Nie przerywając mieszania podgrzewamy na małym ogniu do całkowitego rozpuszczenia sera. Zdejmujemy z ognia, dodajemy kirsch, stawiamy na podstawkę do fondue (jeśli mamy zestaw do fondue czekoladowego, sery rozpuszczamy w rondelku, a już gotowe przelewamy do naczynka).
Jak jeść? Na widelec do fondue nabijamy kawałek bagietki, zbierając z dna garnka zataczamy nim ósemki. Wyciągamy, delikatnie obracamy w powietrzu, aż krzepnący ser „okręci się” wokół chleba. Oprószamy pieprzem na talerzyku i zjadamy.

I jeszcze kilka zdjęć z Les Diablerets:

Les Diablerets położone jest w Alpach Berneńskich. Jest to piękna i spokojna miejscowość w której na co dzień mieszka 3000 osób. W trakcie sezonu narciarskiego zmienia się nie do poznania - 8000 turystów robi swoje. 
Piękny dom zbudowany w osiemnastym wieku. Fasada domu jest swoistym pamiętnikiem rodzinnym  - zostały na niej wyryte ważne daty i wydarzenia. 

Muzem Ormonts w Vers-L'Eglise, wsi położonej obok Les Diablerets. Można w nim oglądać wystawę poświęconą historii ziołowego likieru Bitter des Diablerets. 

Niesamowita elewacja składająca się z nachodzących na siebie deseczek. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie - tym bardziej, że pochodzi z początku dziewiętnastego wieku. 

niedziela, 1 września 2013

Sernik nowojorski dwukolorowy

Jeśli lubicie kremowe, delikatnie serniki i nie wyobrażacie sobie życia bez czekolady, to jest sernik dla Was. Przepis jest wariacją na temat sernika nowojorskiego, o którym pisaliśmy ponad 3 lata temu. Jest tak dobry, tak bliski ideałowi śmietankowatości, że nie mamy motywacji do szukania innego przepisu na sernik. Pewnego dnia postanowiliśmy jednak conieco w nim zmienić. Wybór - dość oczywisty - padł na czekoladę. Pomyśleliśmy również o wariacjach na temat wariacji: do czekolady można dodać odrobinę kropli żołądkowych, żeby w ciemnej części buzowała miętowa nuta. Można również - ale raczej nie jednocześnie z "opcją miętową" - białą część wzbogacić świeżo startą skórką z pomarańczy. Jedna zasada pozostaje stała: trzeba pilnować, żeby sernika nie przesuszyć (czyli nie piec za długo i w zbyt wysokiej temperaturze). Niezmienne jest również to, że sernik lepiej jest schłodzić przed podaniem.


Czas przygotowania: 40 minut
Czas pieczenia: minimum 90 minut

Składniki:
140 g kakaowych herbatników Jutrzenki
70 g masła
1 kg sera twarogowego 
3 czubate łyżki mąki pszennej
200 ml śmietanki 30%
200 g gorzkiej czekolady
3 jaja
200 g cukru
1 łyżka ekstraktu waniliowego 
1 łyżeczka soku z cytryny

Dno tortownicy wykładamy papierem do pieczenia, a boki dokładnie smarujemy masłem. Masło rozpuszczamy, herbatniki kruszymy i wszystko blendujemy. Powstałą masą wykładamy dno tortownicy dobrze dociskając. Wstawiamy tortownicę na 30 minut do lodówki.
Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni. Zagotowujemy tyle wody, aby wypełniła duże naczynie żaroodporne. Wstawiając do piekarnika nasz sernik, wstawimy naczynie z wodą na dolną półkę piekarnika - parująca woda zapewni równomierne ścinanie się serowej masy.
Ser, mąkę, 100 ml śmietanki, jaja, cukier, ekstrakt waniliowy, sok z cytryny miksujemy do połączenia składników. Nie miksujemy za długo, żeby nie wtłoczyć w masę zbyt dużej ilości powietrza, które może spowodować opadanie sernika podczas studzenia. Czekoladę łamiemy na kawałki. W rondelku zagotowujemy pozostałą śmietanką, zdejmujemy z ognia, dodajemy czekoladę i mieszamy do uzyskania jednolitej masy.
Z lodówki wyjmujemy tortownicę, wylewamy na nią połowę masy serowej i wyrównujemy. Do pozostałej masy serowej dodajemy czekoladę ze śmietanką i miksujemy do uzyskania jednolitej konsystencji. Wylewamy ją do tortownicy i wyrównujemy.
Do piekarnika (na wspomnianą już dolną półkę) wstawiamy naczynie żaroodporne z wrzątkiem. Na środkową półkę wstawiamy sernik. Zamykamy piekarnik i pieczemy 10 minut w temperaturze 180 stopni. Po tym czasie, zmniejszamy temperaturę do 150 stopni i pieczemy co najmniej 90 minut.
Jak sprawdzić czy sernik się upiekł? Należy delikatnie potrząsnąć tortownicą. Jeśli cały sernik jest ścięty, a tylko środek pozostaje delikatnie galaretowaty, możemy wyłączyć piekarnik. Można też delikatnie dotknąć do sernika patyczkiem i sprawdzić, czy jest sprężysty. Nie wkładamy patyczka do środka, bo sernik zawsze będzie na nim zostawał - chyba, że go przesuszymy, ale tego nie chcemy. Upieczony sernik zostawiamy w piekarniku uprzednio uchylając jego drzwiczki. Po godzinie wyjmujemy sernik z piekarnika, studzimy na kratce i ostudzony wstawiamy do lodówki. Schłodzony sernik nabiera kremowej konsystencji.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Kanapeczki na ciastku

Dzisiaj pierwszy dzień Śniadaniowego Wyzwania z BelVitą. Przez 5 dni będziemy starali się włączyć do naszego porannego menu produkty zbożowe w innej formie niż płatki śniadaniowe na mleku czy pełnoziarniste pieczywo. Śniadania jemy codziennie przez cały rok - zawsze razem. To dla nas szansa na powiedzenie sobie "dzień dobry", na ustalenie planu dnia i na spędzenie czasu razem zanim każde z nas pójdzie z swoją stronę. Przyzwyczailiśmy się, że na śniadanie jemy coś na słono i na słodko. Zazwyczaj słodką część śniadania stanowi kromka domowej drożdżówki z twarogiem i dżemem. Dlatego dzisiaj postanowiliśmy pójść tym tropem i przygotować kanapeczki z serkiem i owocami. Jest środek sezonu owocowego, więc jest w czym wybierać. My postawiliśmy na maliny, bo mamy do nich  ogromną słabość. Zamiast malin można użyć porzeczek, plasterków moreli, porzeczek czy agrestu.


Czas przygotowania: 10 minut

Składniki:
3 ciasteczka BelVita owoce leśne
3 łyżki kremowego serka śmietankowego
1 łyżeczka cukru pudru
1/2 łyżeczki soku z cytryny
1/2 szklanki malin

Maliny myjemy i suszymy za pomocą ręcznika papierowego. Serek mieszamy z cukrem pudrem i sokiem z cytyny. Każde ciastko smarujemy 1 łyżką serka, na wierzchu układamy owoce i serwujemy.