Jabłonki niewiele wyższe od koszykarza posadzone są dość gęsto, bo co 1 metr. Każda z nich obsypana jest malutkimi jabłuszkami. Pod jabłkonkami ścielą się malutkie zielone spady, czyli jabłka które nigdy nie dojrzeją. Tak wygląda sad w połowie czerwca. Ale sezon zaczyna się tutaj wczesną wiosną.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 czerwca 2018
Skąd się biorą jabłka w sklepie?
Kiedy robię szarlotkę albo prażę jabłka do owsianki nie zadaję sobie pytania skąd one się w zasadzie wzięły, kto je zerwał, jak przyjechały do sklepu. Dzięki wizycie w gospodarstwie sadowniczym Marka Szymaniaka i jego żony mogę Wam pokazać, jak wygląda "jabłkowa droga".
Jabłonki niewiele wyższe od koszykarza posadzone są dość gęsto, bo co 1 metr. Każda z nich obsypana jest malutkimi jabłuszkami. Pod jabłkonkami ścielą się malutkie zielone spady, czyli jabłka które nigdy nie dojrzeją. Tak wygląda sad w połowie czerwca. Ale sezon zaczyna się tutaj wczesną wiosną.
W kwietniu sad wygląda przepięknie. Małe biało-różowe kwiatki są obietnicą dorodnych jabłek we wrześniu. Kwiecień i wczesna wiosna lubią zaskakiwać przymrozkami. Jabłoni nie otula się włókniną. Sposobem na ochronę kwiatów jest... spryskanie ich wodą. Niska temperatura zamienia wodę w lód, który otula kwiaty. Kwiaty pokryte lodem nie opadają. Dzięki temu przymrozki nie muszą skończyć się klęską nieurodzaju. To było dla mnie zaskakujące, że lód chroni kwiaty.
W maju i czerwcu drzewa odciąża się strącając najsłabsze owoce. Dzięki temu te, które są na drzewie mają szansę urosnąć i pięknie się wybarwić. Wybarwianie się jest bardzo ważne. Ludzie chcą kupować jabłka jednokolorowe -- mniej chętnie sięgają po jabłka, które z jednej strony są zielone, a z drugiej czerwone. Sadownicy starają się, by wszystkie jabłka soczyście czerwone lub zielone.
Jabłonki niewiele wyższe od koszykarza posadzone są dość gęsto, bo co 1 metr. Każda z nich obsypana jest malutkimi jabłuszkami. Pod jabłkonkami ścielą się malutkie zielone spady, czyli jabłka które nigdy nie dojrzeją. Tak wygląda sad w połowie czerwca. Ale sezon zaczyna się tutaj wczesną wiosną.
czwartek, 31 maja 2018
Naleśnikowy makaron z pesto i mozzarellą - lunchbox w 30 minut
Lunchbox i śniadaniówka to temat rzeka. Nie dość, że samo pudełko musi być ładne to jeszcze jego zawartość powinna wywołać nagłą chęć zjedzenia wszystkiego. Co można tam wrzucić poza starą dobrą kanapką?
Od pewnego czasu zauważyliśmy powtarzające się reklamacje zawartości śniadaniówki - kanapka miała nie taką bułkę jak trzeba, masło było nierówno rozsmarowane, wędlina zupełnie obrzydliwa, a warzywa to oczywiście zupełna pomyłka. Kiedy po raz kolejny obserwowałam kanapkę, która cały dzień przeleżała w plecaku zrobiło mi się naprawdę źle. Nie tylko dlatego, że moje prywatne no waste właśnie stało się prawdziwym waste. Zrozumiałam, że robię nudne jedzenie. Wzięłam kartkę, długopis (bo te analogowe zabawki ciągle lepiej na mnie działają niż notatnik w telefonie) i spisałam wszystko, co lubią nasze dzieci.
Lista produktów i ulubionych składników była o tyle zawiła, że każde z naszych dzieci lubi troszeczkę co innego: córka zajada się ogórkami ale tylko kiszonymi; syn nie znosi kiszonych, ale konserwowe i świeże je kilogramami. Dlatego lawirując między ogórkami w różnych formach trafiłam na pomidory. Pomidory pasują wszystkim. Lubią się też z mozzarellą i naturalnym domowym pesto z bazylii. W wersji 5-minutowej zrobiłabym je z makaronem. Wiedziałam, że makaron też stanie się waste. Dlatego usmażyliśmy dwa naleśniki i zrobiliśmy z nich naleśnikowy makaron. Wyszedł cudownie wiosenny lunchbox. Łączy smaki tego, co właśnie dojrzewa w ogrodzie Water & Wine w którym ostatnio byłam (możecie o nim przeczytać tutaj). Jest też zupełnie dobry dla dorosłych, którzy mogą w pracy wyciągnąć kolorowe pudełko i chociaż raz zjeść zbilansowany posiłek.
Od pewnego czasu zauważyliśmy powtarzające się reklamacje zawartości śniadaniówki - kanapka miała nie taką bułkę jak trzeba, masło było nierówno rozsmarowane, wędlina zupełnie obrzydliwa, a warzywa to oczywiście zupełna pomyłka. Kiedy po raz kolejny obserwowałam kanapkę, która cały dzień przeleżała w plecaku zrobiło mi się naprawdę źle. Nie tylko dlatego, że moje prywatne no waste właśnie stało się prawdziwym waste. Zrozumiałam, że robię nudne jedzenie. Wzięłam kartkę, długopis (bo te analogowe zabawki ciągle lepiej na mnie działają niż notatnik w telefonie) i spisałam wszystko, co lubią nasze dzieci.
Lista produktów i ulubionych składników była o tyle zawiła, że każde z naszych dzieci lubi troszeczkę co innego: córka zajada się ogórkami ale tylko kiszonymi; syn nie znosi kiszonych, ale konserwowe i świeże je kilogramami. Dlatego lawirując między ogórkami w różnych formach trafiłam na pomidory. Pomidory pasują wszystkim. Lubią się też z mozzarellą i naturalnym domowym pesto z bazylii. W wersji 5-minutowej zrobiłabym je z makaronem. Wiedziałam, że makaron też stanie się waste. Dlatego usmażyliśmy dwa naleśniki i zrobiliśmy z nich naleśnikowy makaron. Wyszedł cudownie wiosenny lunchbox. Łączy smaki tego, co właśnie dojrzewa w ogrodzie Water & Wine w którym ostatnio byłam (możecie o nim przeczytać tutaj). Jest też zupełnie dobry dla dorosłych, którzy mogą w pracy wyciągnąć kolorowe pudełko i chociaż raz zjeść zbilansowany posiłek.
Czas przygotowania: 30 minut
Składniki na 1 pudełko:
8 pomidorków koktajlowych
1/2 kulki mozzarelli lub 6 małych kulek
pesto:
1 ząbek czosnku
5 łyżek oliwy z oliwek
1 łyżka płatków migdałowych
szczypta soli
garść liści bazylii
naleśniki:
1 jajko
1/2 szklanki mąki
szczypta soli
1/2 szklanki mleka
1/4 szklanki wody gazowanej
środa, 25 października 2017
Arendel - mała Norwegia w sercu Wielkopolski
Do Arendel przyjeżdżamy w deszczowy piątkowy wieczór. Wita nas znak łudząco przypominający znaki drogowe w Norwegii, radosny pies Chrupek i jego uśmiechnięci właściciele - Agata i Aleksander.
Arendel to agroturystyka inspirowana norweskimi hytte. Hytte to mały, drewniany domek w lesie. Kiedy piszę w lesie to nie mam na myśli domku na skraju lasu, ale dom zaszyty głęboko w lesie do którego trzeba dojść pieszo. Zapytani o to, co w takim miejscu można robić - Norwegowie odpowiadają bez zastanowienia. W hytte się odpoczywa sprzątając domek, kosząc trawę, rąbiąc drzewo i codziennie jedząc spaghetti z gotowym sosem pomidorowym. Jeśli chcecie się dowiedzieć czym jest hytte i jak ważne jest dla każdego Norwega, to koniecznie zobaczcie ten teledysk (klik). Jest fenomenalny i zabawny.
W Arendel można też coś zjeść – na razie śniadania podczas których można spróbować wspaniałych serów korycińskich i dżemów własnoręcznie robionych przez rodziców właścicieli, a na deser skosztować domowych ciast. Na specjalne okazje można zamówić domowy catering (i spróbować baraniego rosołu, islandzkiej pieczonej ryby, pomidorowej konfitury czy rodzinnych ciasteczek maślanych).
| Kjokkenhage to ogródek kuchenny, czyli zioła przydatne w kuchni. |
My pojechaliśmy tam w grupie 8 osobowej – 4 dorosłych i 4 dzieci. W czasie deszczu dzieci bawiły się w błocku i w trawie albo wchodziły do nas do stodoły. Stodoła to duża, wolnodostępna przestrzeń. Na dole są stoły i krzesła, a na pięterku można pograć w bilard, wyłożyć się na kanapie i przejrzeć mnóstwo magazynów wnętrzarskich, których wielką miłośniczką jest pani Agata. Można też pobawić się w chowanego, posłuchać muzyki i po prostu odpocząć (jeśli dzieci akurat usną).
Poszukiwacze przygód i miłośnicy miast mogą z Arendel wybrać się na zwiedzanie Kalisza, który jest piękny. W Kaliszu musicie koniecznie kupić andruty kaliskie – cienkie jak opłatek lekko słodkie wafelki. Są wpisane na unijną listę produktów z chroninionym oznaczeniem geograficznym. Inaczej mówiąc, andruty kaliskie można kupić tylko w Kaliszu. Miłośnikom prawdziwych wędlin polecamy też wyroby Jacka Nowickiego, które można kupić w PSS Tęcza. Miłośników sushi zachęcamy do wizyty w KOKU Sushi - właściciele tej restauracji, tak jak my, są z Białegostoku!
Arendel - wioska norweska
www.arendel.pl
Włodzimirów 16, Zagórów
wtorek, 5 września 2017
Słodycze do szkoły bez wyrzutów sumienia - część II
Znowu w lodówce mieliście światło i nie bardzo wiedzieliście co dać dziecku do szkoły. Przekraczając próg spożywczaka przeklinaliście ustawę zakazującą słodyczy w szkole, a jedyną rzeczą, którą chciało dziecko był ten zupełnie nowy batonik w białej czekoladzie z naklejką do kolekcji?
Przed rokiem opublikowaliśmy listę naszych śniadaniówkowych odkryć (przejrzyj je tutaj). Tym razem publikujemy nową listę słodyczy do szkoły bez wyrzutów sumienia.
1. Dobra kaloria
W Dobrej Kalorii zakochałam się w ciąży i pasjami pożerałam ekspandowaną grykę z miodem. Dzieciom do szkoły kupujemy jednak batoniki. Sprawdzają się nie tylko w szkole, ale podróży (nie bardzo brudzą samochód), w parku (a tamta babcia daje dziewczynce batonika i ja też chcę), na wakacjach. Ulubiony smak dzieci to jabłko z cynamonem, ulubiony smak Adama to chrupiący orzech, ja kocham śliwkę i ziarno. Dobra kaloria dostępna jest w Rossmanie, Lidlu i chyba wszystkich hipermarketach. Cena: ok. 2,50 PLN
piątek, 25 sierpnia 2017
Termosy i śniadaniówki dla dzieci - subiektywny przegląd #sosAZS
Niedługo rozpoczynamy czwarty rok gotowania obiadów do przedszkola i drugi rok przygotowywania obiadów do szkoły. Przez ten czas przetestowaliśmy kilka termosów i śniadaniówek. Być może nasze doświadczenia pomogą Wam dobrać termos czy śniadaniówkę dopasowaną do potrzeb Waszego dziecka.
Zanim zaczniecie przeglądać termosy i śniadaniówki, przeczytaj dlaczego gotujemy dla dzieci i jaką dietę stosujemy. Jeśli obawiasz się jak dziecko przyjmie fakt, że będzie jedynym dzieckiem w grupie czy klasie przynoszącym własne pojemniczki, to porozmawiaj z nauczycielem. Jeśli trudno Ci zebrać myśli, przeczytaj o czym nauczyciel wiedzieć powinien.
TERMOSY
Wybierając termos musimy odpowiedzieć sobie na pytania:
- ile dziecko je (żeby dobrać odpowiedni rozmiar)
- co będzie zabierało do szkoły (czy tylko zupę czy dwa dania)
- czy będzie jadło bezpośrednio z termosu czy będzie można to jedzenie przełożyć na talerz
- jak długo termos musi trzymać ciepło
- czy będzie musiało termos odkręcać samo czy ktoś termos będzie otwierał za dziecko
środa, 31 maja 2017
Pozwólcie dzieciom normalnie jeść
Dzień Dziecka to taki dzień w którym wszyscy przypominają sobie, że jest w nich odrobina dziecka. Jeśli rzeczywiście tak jest, to dlaczego duże dzieci zabraniają tym mniejszym normalnie jeść?
![]() |
| fot. Dan Gold |
Od siedmiu lat obserwuję sobie dzieci. Są różne - niektóre spokojne, inne wybuchowe, jeszcze inne uśmiechnięte nawet, kiedy zabierze im się zabawkę. Ta różnorodność wydaje się naturalna - skoro dorośli nie są tacy sami, to dlaczego takie same mają być dzieci? Ale są momenty w których tej barwnej schedy wolimy nie zauważać i traktujemy ją niczym homogenizowany serek.
Kiedy przychodzi pora posiłków okazuje się, że dzieci obowiązują trochę inne zasady niż dorosłych siedzących przy stole. Przy stole dzieci stają się jak ten serek - odpowiednio zmielone i traktowane jak zupełnie inny od dorosłych twór. Dziecko przy stole odzywać się nie powinno, bo przecież "nie mówi się z pełną buzią". To nic, że rodzice, wujkowie, kuzyni i ciotki trajkoczą przy stole. To nic, że na tym polegają w Polsce święta - na siedzeniu przy stole, przeżuwaniu kotleta czy zimnych nóżek i opowiadaniu po raz setny anegdoty o wuju, który zapomniał kluczy. Dzieci przy stole odzywać się za bardzo nie powinny, bo przecież kraczące ptaki i szczekające psy... Szczególnie mocno widać to w szkole i przedszkolu. Cisza na stołówce budzi moje najgorsze podejrzenia - przecież nawet w barze mlecznym rozmawiają ze sobą nieznajomi, którzy przypadkowo usiedli przy jednym stoliku i wspólnie delektują się kluseczkami i kotlecikami.
Dzieci też, w przeciwieństwie do dorosłych, swoje posiłki powinny zjadać stosunkowo szybko. Ot takie niewinne - "jak będziecie się guzdrać to nie pójdziemy na plac zabaw" skutecznie zamienia dziecko w młodego pelikana połykającego wielkie gryzy jedzenia. My, dorośli, szybko posiłków nie jemy, bo to niezdrowe dla żołądka. No i niech ktoś śmie nas terroryzować przy stole! Nie ma za to żadnego problemu w poganianiu dzieci.
Może być tak chociaż przez jeden dzień potraktować dzieci normalnie? Jak siebie samych? Pozwolić im przy jedzeniu poopowiadać, pośmiać się, ponarzekać i trochę pokłócić? Może ich nie poganiać tylko pozwolić im spokojnie zjeść? Może pozwolić im wymieszać te ziemniaczki z surówką na jednolitą papkę, skoro tak im bardziej smakuje? I spokojnie przyjąć to, że mogą czegoś nie lubić? Przecież bakłażan się nie obrazi jak usłyszy, że jest niedobry. A pomidorom nie będzie przyjemniej od tego, że mały człowiek będzie chciał ich zjeść 3 kilo na raz. Bo, że rączki trzymamy na stole, to rozumiem, ale że język zawsze za zębami, to tego już nie.
wtorek, 17 stycznia 2017
7 rzeczy, których uczy gotowanie z dziećmi
Do gotowania z dziećmi zachęcamy od kiedy sami zostaliśmy rodzicami. Rozumiemy, że to może być wyzwanie, którego nie wszyscy chcą się podjąć. Dlatego chcemy napisać dlaczego warto.
1. Uczymy się współpracy
Gotowanie i przygotowywanie czegokolwiek z dziećmi bywa trudne. Ich umiejętność skupienia uwagi wydaje się zbyt krótka, żeby coś zrobić. My wolimy myśleć o tym w inny sposób. Jeśli dziecko się nudzi, daj mu inne zadanie. I pozwól mu zrobić to po swojemu. Gotując z dziećmi nauczyliśmy się odpuszczać kontrolowanie wszystkiego. Nauczyliśmy się też, że naprawdę czasem nie ma znaczenia czy coś jest starte na tarce o dużych oczkach czy mniejszych. Dzieci za to nauczyły się, że jeśli one nie zetrą jabłek na tarce (i powstrzymają się przed zjedzeniem ich) nie będziemy mieli szarlotki. Nauczyły się też, że są w stanie zrobić naprawdę dużo. My się nauczyliśmy, że dzieci zwykle potrafią więcej niż nam się wydaje. Wszyscy uczymy się, że oczywiście można coś zrobić samemu, ale robiąc razem jest radośniej.
2. Uczymy się szanować pracę innych
Gotując wspólnie rozmawiamy często o składnikach, których potrzebujemy do przygotowania dań – skąd pochodzą, jak rosną, jak się je zbiera. Dzięki temu dzieci wiedzą, że jedzenie jest darem ziemi, jest pracą wielu ludzi i trzeba je szanować. Co za tym idzie, nie warto brać na talerz więcej niż się zje (bo my pozwalamy im nakładac sobie porcje) i warto zjeść absolutnie wszystko, szczególnie jeśli chodzi o mięso.
3. Uczymy się o produktach
Jajka są najlepszym przykładem tego jak można pokazać dzieciom jak działa przemysł spożywczy i jak warto podejmować dobre decyzje. Dlaczego niektóre jajka, np. te od cioci nie mają stempli, a na innych jest cyferka 0,1? Skąd mamy miód, dlaczego miód się krystalizuje? Jak poznać świeżą rybę? Nie oznacza to, że jak za dotknięciem magicznej różdżki przestają kochać żelki, ale oznacza to, że jak będą dorosłymi ludźmi to będą to po prostu wiedzieli.
4. Uczymy się o historii naszej rodziny
Jedna babcia robi najlepszą szarlotkę, druga babcia jest mistrzynią sałatki jarzynowej. Ja będąc małą dziewczynką uwielbiałam pączuszki serowe, a babcia gotowała mi parówki z ziemniakami. Ciocia smażyła najlepsze pączki i była siostrą babci Marii. Ciocia Ewa gotuje zupy z posiekanym jajkiem i jest siostrą dziadka. To jest fantastyczny sposób, żeby dzieci poznały drzewo genealogiczne, żeby poznały rodzinne anegdoty, które przypominają się w zupełnie nieoczekiwanych momentach.
5. Uczymy się dobrych praktyk
„Clean as you go” było najlepszą radą jaką dostałam do koleżanki cukierniczki i próbuję to przekazać dzieciom. Nie emożesz gotować jak masz bałagan wokół. Spróbuj zastanowić się ile naczyń potrzebujesz, czy możesz zredukować ich ilość, sprzątnij po sobie od razu, zetrzyj plamę z podłogi od razu. To wszystko sprawia, że w kuchni jest naprawdę akceptowalnie. Uczymy też je czytać przepisy od początku do końca zanim zaczną gotować. Żeby po tym jak wyleją do zlewu żółtka nie okazało się, że do ciasta nie wystarczą same białka.
Piszę tutaj o gotowaniu z dziećmi, które mają 4 5, 6, 7 lat. Ja gotowałam z dziećmi od kiedy miały rok. Ciasto drożdżowe na pizzę jest świetne do ćwiczenia integracji sensorycznej.
6. Uczymy się bezpieczeństwa
Nasze dzieci używają noży od 3 roku życia. Prawdziwych, ostrych noży. Czy się pocięły? Zdarzyło się. Może 3-4 razy. Ale teraz wiedzą, że jeśli chcesz coś kroić musisz użyć deski i ustabilizować produkt. Nie warto kroić warzyw i owoców w ręku. Obieranie warzyw wymaga precyzji i cierpliwości. Jeśli czujesz, że Twoje dziecko nie jest gotowe, spróbuj z nożem obiadowym i jakimś prostym zadaniem – na pewno może pokroić jabłka do placków, obrać mandarynki, rozbić jajka.
7. Uczymy, że przyjaciół trzeba karmić
Zwykle z dziećmi robimy pizzę, kanapki, owsiankę, szaszłyki owocowe, kolorowe warzywne frytki albo ciastka. Zawsze (prawie zawsze) staramy się dzielić tym, co ugotujemy czy upieczemy. Zapraszamy gości, którzy mogliby z nami cieszyć się jedzeniem. A tym samym uczymy ich, że dobrze myśleć o innych, sprawiać im przyjemność. Bo przyjemnościami łatwo się dzielić.
Na zdjęciach widzicie nas w takich samych fartuszkach - dla dorosłego i dla dziecka. Fartuszki dostaliśmy w prezencie od naszej koleżanki Agnieszki. Wybrała materiał na stronie KUKA - księżniczkowy dla dziewczyn i liskowy dla chłopaków, kupiła gotowy wykrój w naszych rozmiarach i zrobiła nam najpiękniejszy kuchenny prezent. Takie ręcznie robione prezenty są cudowne i mamy ochotę je powiescić w ramce (bo fartuszki jednak się brudzą). Walczymy jednak ze sobą i pozwalamy im spróbować trochę sosu do pizzy czy czekolady z brownie, bo one też chcą żyć swoim własnym kuchennym życiem. Jeśli szukacie prezentu dla dzieci to koniecznie wejdźcie na stronę KUKA i przejrzyjcie te wspaniałe wzory. Na pewno coś Wam od razu wpadnie w oko (i do koszyka!).
sobota, 29 października 2016
Spaghetti z klopsikami
Czy gra planszowa wzmaga głód i inspiruje kuchennie? Pewnie!
Granie w Spaghetti o którym pisaliśmy tutaj zwykle kończy się tym, że wszyscy mają ochotę na makaron. Najlepiej taki z mocno pomidorowo-warzywnym sosem i pysznymi klopsikami. Nasze pyszne klopsiki zwykle są zrobione z wołowiny i parmezanu. Próbowaliśmy tych drobiowych i wieprzowych, ale nic na to nie poradzimy, że wołowina jest po prostu najlepsza.
Ostatnio rozmawialiśmy z rodzicami dzieci w różnym wieku (dla nas różny wiek oznacza od 0 do 10) i wszyscy zastanawialiśmy się o co chodzi z tym spaghetti z sosem pomidorowym. Podobno brytyjscy naukowcy dowiedli, że do 7 roku życia dzieci twierdzą, że jest to niekwestionowanie ich najulubieńsza potrawa. Potem okazuje się, że jednak czekolada i żelki są bezkonkurencyjne, ale zupełnie nie pasują do sosu pomidorowego.
Dlatego przedstawiamy Wam przepis na makaron z klopsikami sprawdzony na dzieciach do lat 7. I na ich rodzicach, którzy też go lubią.
Jak będziecie przygotować ten kulinarny hit, to możecie odpalić YouTube i posłuchać makaronowych piosenek, które zaproponowali nasi Czytelnicy (którym tym samym gratulujemy wygranej!).
DOMINIKA i KASIA - THE PASTA SONG (dwie osoby przysłały to samo zgłoszenie. To jest ulubiona piosenka naszych dzieci, więc musieliśmy nagrodzić ten wybór)
JUSTYNA - MAKARON SZAKARON (miłośnicy Wojciecha Manna łączcie się!)
MARTA - ON TOP OF SPAGHETTI (bo ulica Sezamkowa i Klops Gigant nie mają sobie równych) -
DANIEL – Guns'n Roses THE SPAGHETTI INCIDENT (za klasykę)
Czas przygotowania: 1 godzina
Składniki dla 4 osób:
1 paczka makaronu spaghetti
klopsiki:
1 cebula drobno posiekana
½ szklanki oliwy z oliwek
2 ząbki czosnku posiekane
1/2 kg mielonej wołowiny
½ łyżeczki soli
1 łyżeczka pieprzu
¼ szklanki bułki tartej
½ szklanki mleka
¼ szklanki parmezanu
szybki sos pomidorowy:
2 ząbki czosnku posiekane
2 łyżki oliwy z oliwek
2 puszki pomidorów
1 szklanka passaty pomidorowej
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka pieprzu
1 łyżka oregano
1 łyżka bazylii
1. Najpierw przygotujemy sos, potem klopsiki i makaron.
2. Zaczynamy od sosu. Na oliwie z oliwek smażymy przez 30 sekund posiekany czosnek. Dodajemy pomidory, passatę, przyprawy i dusimy na małym ogniu przez 20 minut, aż sos zgęstnieje.
3. Przygotowujemy klopsiki i makaron.
4. Na oliwie z oliwek (3 łyżkach) smażymy drobno posiekaną cebulkę.
5. Do miękkiej cebuli dodajemy czosnek i smażymy 30 sekund.
6. Do szklanki wsypujemy bułkę tartą, zalewamy mlekiem. Mieszamy.
7. Do miski wkładamy mięso, parmezan, usmażoną cebulę z czosnkiem, sól, pieprz, bułkę tartą z mlekiem. Dokładnie mieszamy.
8. Z mięsa formujemy kulki wielkości piłek golfowych. Odkładamy je na talerz.
9. Zagotowujemy wodę na makaron. W tym samym czasie smażymy klopsiki.
10. Na dno patelni wlewamy oliwę z oliwek. Układamy klopsiki i smażymy na średnim ogniu partiami przez 8-10 minut. W trakcie smażenia przewracamy je tak, by zarumieniły się ze wszystkich stron. Na patelni nie może być dużo klopsików na raz. Dzięki temu będą równe i okrągłe. Usmażone klopsiki przekładamy na patelnię z sosem.
11. Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Odlewamy ½ szklanki wrzątku z gotowania makaronu. Makaron odcedzamy.
12. Zawartość patelni (klopsiki i sos) doprowadzamy do wrzenia. Dodajemy wodę z gotowania makaronu i ugotowane spaghetti. Dokładnie mieszamy.
13. Serwujemy.
ZapiszZapisz
poniedziałek, 12 września 2016
Słodycze do szkoły bez wyrzutów sumienia
Znowu w lodówce mieliście światło i nie bardzo wiedzieliście co dać dziecku do szkoły. Przekraczając próg spożywczaka przeklinaliście ustawę zakazującą słodyczy w szkole, a jedyną rzeczą, którą chciało dziecko był ten zupełnie nowy batonik w białej czekoladzie z naklejką do kolekcji?
Wierzymy, że domowe jedzenie jest najlepsze, a słodycze są najgorsze (tutaj pisałam o tym jak często mamy problem z cukrem w diecie dzieci). Czasem domowe śniadanko jest tak dobre, że dziecko chętnie wraca z nim do domu odbierając sobie od ust najlepsze kąski tylko po to, żeby podzielić się nimi z mamą, tatą, siostrą i ... śmietnikiem. Bywa też tak, że tego domowego jedzenia po prostu nie ma. Jesteśmy ludźmi, mamy sporo zajęć i czasami po prostu nie pamiętamy, że następnego dnia ktoś może być głodny w szkole albo tuż po niej.
Czasami też mamy ochotę dać dziecku coś słodkiego. I tutaj może pojawić się problem. Problem nr 1 to w naszym wypadku dziecko, które konsekwentnie odmawia zabierania do szkoły czegokolwiek co nosi znamiona słodkości (włączając domowe batony musli czy muffiny słodzone daktylami). Problem nr 2 to przedszkolak, który najchętniej jadłby .... (w miejsce wielokropka możecie wstawić nazwę jakiegokolwiek batonika, czekoladki, wafelka które tylko przyjdą do głowy). Na szczęście, ostatnio w Carrefourze i Auchan znaleźliśmy super zdrowe opcje słodyczowe. Są zgodne z ustawą, nie mają cukru albo mają go bardzo mało, są zrobione z owoców, nie mają barwników i wcale nie smakują trawą! Mają kolorowe opakowania, fajną formę i smakują nawet miłośniczce tych wszystkich batoników/czekoladek i żelków!
A jak ktoś ma daleko do dużego spożywczaka to znaleźliśmy te batony też w internetach (tutaj).
1. Buri Beri
czwartek, 8 września 2016
Dieta, AZS i przedszkole
Posłanie dziecka z atopowym zapaleniem skóry do przedszkola to wielkie wyzwanie. Jak poradzić sobie z nowym miejscem i co z dietą?
Atopowe zapalenie skóry to jedna z najbardziej enigmatycznych chorób skóry. Z jeden strony jest grupa alergenów na które chory reaguje niemal natychmiast, a z drugiej strony nawroty choroby bywają zupełnie niespodziewane. Zawsze jednak zaczyna się od niewielkich czerwonych plamek, które swędzą, rozlewają się po ciele, a zadrapane zaczynają wyglądać jak jedna wielka rybia łuska z ranami. AZS to choroba autoimmunologiczna, która mocniej daje o sobie znać, kiedy chory jest zestresowany. Czy w takiej sytuacji jest szansa na to, żeby dziecko poszło do przedszkola? A jeśli tak to czy może iść tylko do przedszkola dla alergików?
Dla każdego dziecka pierwsze dni w przedszkolu są trudne. Pewnie są też trudne dla większości rodziców. My posyłając do przedszkola naszą córkę z AZS najbardziej baliśmy się, że nie będziemy w stanie panować nad jej dietą. Panna T. nie może jeść żadnych owoców drobnopestkowych (zero pomidorów, malin, truskawek, jagód, jeżyn), żadnych cytrusów i owoców egzotycznych poza mango i arbuzem. Wiemy to z doświadczenia. Mango wywołuje natychmiastowe drapanie, podobnie jak truskawki i pomidory. Połączenie nabiału z cukrem też nie robi jej dobrze. Nie od razu, ale po kilku godzinach widać, że coś złego zaczyna dziać się z jej skórą. O tym wszystkim powiedzieliśmy w przedszkolu i ustaliliśmy, że będzie dostawała posiłki bez tego co ją alergizuje.
czwartek, 11 sierpnia 2016
Rozszerzanie diety po raz trzeci
Rozszerzanie diety u niemowlęcia to niesamowita przygoda. Nie musi jej ograniczać zawartość słoiczków na sklepowych półkach czy tabelka "stosownych produktów", którą można czasem znaleźć w gabinetach lekarskich.
Sześć lat temu rozpoczęliśmy karmienie naszego dziecka czymś innym niż ludzkie mleko. W piątym miesiącu życia, zgodnie z tabelkami, dawaliśmy synkowi banany, jabłka, gruszki, marchewki, potem odrobinę glutenu. Po 6 miesiącach zrezygnowałam z karmienia, bo nie miałam już siły ściągać mleka kilka razy w tygodniu i w ogóle miałam tego dość. Wtedy do diety włączyliśmy kaszki owocowo-mleczne. Obserwowaliśmy jak nasz chłopczyk rośnie w oczach i staje się małym księżycem. Wszyscy, począwszy od lekarza pediatry, powtarzali nam, że jak tylko zacznie chodzić to zrzuci wagę i będziemy wszyscy szczęśliwsi. Mieliśmy rozszerzać mu dietę zgodnie z zaleceniami, włączać do diety mięso i cieszyć się wspólnymi posiłkami. Jasne... O ile banany, jabłka i słodkie kaszki wchodziły mu bez problemu (ciekawe dlaczego...) to słoików z warzywami nie chciał jeść za nic w świecie. Do dzisiaj "Elmo song" kojarzy mi się z marchewką z delikatną cielęcinką wylatującą z jego ust z prędkością światła... Pewnego dnia, jakoś w 10 miesiącu życia, Adam zadeklarował, że jeśli F. zje nasz domowy rosół z lanymi kluskami to on zje cały słoik tej wyjątkowej cielęcinki dla młodych smakoszy. F. zupę zjadł, A. zjadł słoik z niekrytym obrzydzeniem i tym samym zakończyła się nasza współpraca z firmami produkującymi słoiczki. Dzisiaj F. nie ma problemów z jedzeniem. Ma swoje ulubione smaki, np. pomidory, i bardzo lubi wszelkie "papki".
Dwa lata później rozpoczęliśmy rozszerzanie diety naszej córki. Miała wtedy 5 miesięcy i pediatra prosiła, żeby wprowadzać jej po jednym produkcie na tydzień rozpoczynając od warzyw. Mieszkaliśmy wtedy w USA. Dlatego na pierwszy ogień poszła kukurydza, słodkie ziemniaki, marchewka, groszek i fasolka szparagowa- zupełnie zakazana podczas rozszerzania diety w Polsce - "fasolki proszę nie dawać dziecku, bo od razu będzie go brzuch bolał..." Wszystko ze słoiczków, oczywiście. Nasza córka chętnie jadła kukurydzę i fasolkę, ale odmawiała próbowania kolejnych specjałów. Potem próbowaliśmy skusić ją słoikiem z mango (pierwszy owoc) po którym dostała strasznej wysypki. I wtedy zorientowaliśmy się, że rozszerzanie diety będzie dla nas wyzwaniem, bo T. ma atopowe zapalenie skóry. Nie dawaliśmy jej żadnych słodkich kaszek, karmiłam ją do 15 miesiąca życia, a jeść zaczęła sama kiedy miała jakieś 12 miesięcy. Po prostu, sama zaczęła chwytać za warzywa leżące na naszych talerzach i w ten sposób zupełnie nieświadomie zaczęliśmy stosować BLW. Oczywiście, byliśmy przerażeni tym, że prawie do roku nasza cudowna córeczka nie chciała jeść niczego poza mlekiem. Pediatrzy nie byli wspierający strasząc nas, że dziecko bez glutenu na pewno będzie miało celiakię. Z perspektywy czasu widzę, że było to niesamowicie atawistyczne. Ona nie lubiła żadnych owoców i warzyw, które wzmagały jej swędzenie. Po prostu po nie nie sięgała. Kiedy miała 18 miesięcy próbowała polubić pomidory, których bardzo nie lubi jej skóra i wtedy cała nasza rodzina przestała jej jeść. A potem to raczej musieliśmy sami stawiać granice co jest OK dla jej skóry a co nie, bo T. uwielbia próbować absolutnie wszystko. Szczególnie kawę...
niedziela, 17 lipca 2016
Chłodnik rabarbarowy z różowym pieprzem
Chłodnik kojarzy nam się głównie z zimną zupą z botwinką, rzodkiewką, ogórkiem, jajkiem na twardo. A może dzisiaj spróbujesz przełamać swoje skojarzenia?
Są takie składniki dań, które kojarzą się z deserami. Najlepszym tego przykładem jest rabarbar, który świetnie smakuje w kompotach czy ciastach. Rabarbar, który jak się okazuje jest warzywem, może grać pierwsze skrzypce w wytrawnym chłodniku. Taki właśnie niecodzienny chłodnik zaserwowaliśmy naszym dzieciom.
Wszystko to ze względu na kampanię „Owoce i warzywa w szkole”, której jesteśmy ambasadorami. Są takie warzywa i owoce, które uznajemy za „pewniaki” – dzieci je zjedzą zawsze. Ale chcieliśmy z nimi porozmawiać o tym, co naprawdę lubią. Okazało się, że w ścisłej czołówce ulubionych warzyw znajdują się marchewka, pomidory, fasolka szparagowa i … ogórki kiszone. Ulubionymi owocami są truskawki, jabłka, borówki i cytryny, bo dobrze smakują w herbacie. Nasz syn przypomniał nam też, że kiedyś nie lubił słodkich ziemniaków, ale ostatnio zrobił z nich frytki i już je lubi.
Jak to się stało? Nasza koleżanka napisała książkę z przepisami dla dzieci. Wpadł mu w oko przepis na kolorowe frytki z ziemniaków, słodkich ziemniaków, marchewki i pietruszki. Wszystkie warzywa kupiliśmy razem, a potem on je pokroił i przygotował zgodnie z ilustrowaną instrukcją. Zjadł absolutnie wszystkie i przekonał się do słodkich ziemniaków. To nam uświadomiło coś bardzo ważnego – nie warto ciągle dawać dzieciom tego, co tak bardzo lubią. Warto dać im poeksperymentować. My w czasie robienia frytek byliśmy pewni, że słodkie ziemniaki będą dla nas. Przecież oni nigdy nie chcieli ich jeść. A tu taka niespodzianka.
Smaki, dania, preferencje są kreowane przez kulturę. Dajemy dzieciom to, co sami jedliśmy jako dzieci, to co wydaje nam się idealnie dziecięce, to co dzieciom dają inni. W Polsce rozszerzanie diety syna rozpoczęliśmy od marchewki i ziemniaków. W USA rozszerzanie diety córki rozpoczęliśmy od kukurydzy, słodkich ziemniaków i mango. Dzieci w Hiszpanii zajadają się cieciorką, w Meksyku fasolą, a w Indonezji kokosami.
Zupełnie różne dania różne kultury serwują dzieciom w tym samym wieku. Czy to podniebienia dzieci tak diametralnie się różnią? Nie różnią się wcale! Różnią się tylko kręgi kulturowe w których dorastają. Dlatego nie warto ograniczać dzieci własnym strachem (nie, lepiej nie dawać mu szpinaku, bo nie zje) tylko pozwolić im decydować. Może się okaże, że coś zupełnie niedziecięcego stanie się ich najukochańszym składnikiem.
W poście o sposobach na warzywnego niejadka wspominaliśmy o piosence promującej warzywa i owoce z muzyką Smolika (klik). Teraz możecie śpiewać razem z dziećmi – wejdźcie na owocowekaraoke.pl i zobaczcie jak świetnie można się bawić krzycząc, że „lepsza marchewka niż tablet”.
Czas przygotowania: 20 minut
Liczba porcji: 2
Składniki:
1 łodyga rabarbaru
½ szklanki wody
1 łyżeczka tymianku
1 łyżeczka miodu
1 łyżeczka różowego pieprzu
400 ml jogurtu naturalnego
1. Rabarbar myjemy i siekamy.
2. Do rondelka wkładamy kawałki rabarbaru. Wlewamy wodę, dodajemy tymianek i miód. Doprowadzmy do wrzenia i gotujemy 2 minuty.
3. Rabarbar delikatnie studzimy.
4. Do misy blendera wlewamy jogurt, dodajemy rabarbar i miksujemy na jednolitą masę.
5. Gotowy chłodnik posypujemy pokruszonym w rękach różowym pieprzem.
czwartek, 7 lipca 2016
5 sposób na warzywno-owocowego niejadka
Wakacje to zupełnie magiczny czas. Wtedy każdy z nas mógłby przez chwilę stać się weganinem.
Wystarczy jedna wizyta na straganie z warzywami, żeby wrócić z siatami wypełnionymi soczysto-zielonym bobem, chrupiącą fasolką szparagową, bordowymi czereśniami soczystymi tak, że sok ścieka po rękach, pierwszymi malinami – już słodkimi, ale zapowiadającymi te najlepsze, jagodami, które idealnie pasują do zupy owocowej. Czy to nie jest idealny czas, żeby popracować nad małymi warzywno-owocowymi niejadkami? Mamy dla Was pięć sposób na zachęcenie dzieci do jedzenia warzyw i owoców. Wszystkie przetestowaliśmy w naszym domu.
1. Dzieci lubią, kiedy chrupie
Kupujesz fasolkę, kalafiory, brokuły, a one ciągle się krzywią i mówią, że nie lubią? Spróbuj ugotować je al dente – tak, żeby były miękkie z zewnątrz, ale zupełnie twarde w środku. W ten magiczny sposób przekonaliśmy nasze dzieci do szparagów. One lubią odbierać jedzenie wszystkimi zmysłami.
2. Dzieci lubią jeść rękami
Talerzyk, miseczka, widelec, łyżka, a one ciągle sięgają po jedzenie palcami? Wszyscy chcemy wychować dzieci na kulturalnych ludzi. Ale zwracając im uwagę na to, że muszą jeść „poprawnie” zabieramy im radość z … jedzenia. Spróbuj ugotować fasolkę szparagową i pozwól ją dzieciom jeść rękami. Nasze dzieci jedząc rękami zjadają dużo więcej niż kiedy jedzą widelcem i nożem i mają z tego więcej frajdy. Czasem warto pozwolić im na zabawę jedzeniem.
3. Dzieci lubią różnorodność
Codziennie kupujesz im czereśnie, a one ciągle nie chcą ich jeść. Wczoraj chętnie jadły maliny, a dzisiaj nie tknęły ani jednej? To normalne! Dzieci lubią różnorodność. Zamiast dawać im owoce w miseczce, spróbuj zrobić z nimi szaszłyki owocowe. Jeśli masz czas, ugotuj im zacierkę na zupie owocowej w której będą pływały całe owoce. Nie musisz jej słodzić – wystarczy odpowiednio dużo czereśni i kilka malin, żeby zupa była cudownie słodka.
Podobnie z warzywami. My chcąc namówić dzieci do spróbowania czegoś nowego po prostu dodajemy małe kawałeczki do zupy. Jeszcze lepiej, dodajemy je do sosu pomidorowego. W ten sposób stopniowo przyzwyczajają się do nowego smaku.
4. Dzieci lubią decydować
Pamiętam jak kupiłam po raz pierwszy słodkie ziemniaki. Ugotowałam je z odrobiną masła i cynamonu – tak jak lubię. One stwierdziły, że to obrzydliwe (wszyscy rodzice słyszymy to słowo milion razy). Pewnego dnia poprosiły o zrobienie frytek. Pokazaliśmy im, że można zrobić kolorowe frytki z różnych warzyw i to one zaproponowały słodkie ziemniaki, pietruszkę i marchewkę. Wszystkie warzywa same obierały, kroiły i zjadły. Absolutnie wszystko!
5. Dzieci lubią jeść to, co dorośli
Od tego powinniśmy zacząć. Dzieci jedzą tak jak dorośli, których kochają. W domach w których rodzice jedzą jakieś warzywa i owoce, problem warzywnych niejadków pojawia się rzadko. Ale przyznajcie się przed sobą – czy oglądając film, mecz, idąc na spacer zabieracie ze sobą pokrojone jabłka i marchewki czy raczej kupujecie paluszki, chipsy, orzeszki?
Na ostatnim pikniku w naszym przedszkolu na stołach, oprócz ciast, stały pokrojone marchewki, ogórki, ogórki kiszone, kalafiory, selery naciowe, jabłka, pomidory, truskawki i czereśnie. Wszyscy dorośli rozmawiając ze sobą sięgali po warzywa i owoce. Co robiły dzieci? Podbiegały do stołu i sięgały po to, co było. Sięgały po to samo, co ich rodzice.
Trudno jest zapomnieć o ulubionych przekąskach, ale może warto czasem urozmaicić menu w domowym kinie?
Czy wiecie, że w szkole dzieci mogą 2-3 razy w tygodniu dostawać świeże warzywa i owoce w ramach kampanii „Owoce i warzywa w szkole”? Dzieci otrzymują jabłka, gruszki, truskawki, borówki amerykańskie, marchewkę, słodką paprykę, rzodkiewki, pomidorki i kalarepę oraz soki owocowe i warzywne. Dzięki temu wszystkie razem mogą cieszyć się zdrową przekąską. Te małe paczuszki zdrowia ułatwiają też zadanie rodzicom – nawet jak zapomnisz wrzucić do śniadaniówki jakieś zdrowe przekąski, wiesz, że dostanie je w szkole. Za każdym razem zawartość paczuszki jest inna, więc dzieci nie zdążą się znudzić jakimś warzywem czy owocem.
Sprawdź czy szkoła Twojego dziecka uczestniczy w programie – wejdź na stronę Owoce w szkole.
W domu pokaż dziecku teledysk promujący owoce i warzywa z muzyką Smolika – tutaj! Nasze dzieci zachwycił tekst “lepsza marchewka niż tablet”. Stwiedziły, że zdecydowanie lepsza, bo można ją zjeść!
wtorek, 31 maja 2016
5 przepisów na Dzień Dziecka, które wybrały nasze dzieci
Jutro Dzień Dziecka. Poprosiliśmy dzieci, żeby nam podpowiedziały co takiego w tym dniu chciałyby zjeść. Oto 5 ulubionych przepisów naszej dwójki.
Przepis na drożdżowe róże
Przepis na czekoladowe ciastka owsiane
przepis na lemoniadę
przepis na kompot rabarbarowy
1. BUŁECZKI Z CZEKOLADĄ
F.: Najbardziej to lubię te zakręcone bułki. Z czekoladą. Najbardziej lubię jak są ciepłe i jak czekolada jest rozpuszczona.
Delikatne drożdżówki wypełnione czekoladą w kształcie różyczek to najlepsza opcja na drugie śniadanie lub podwieczorek. Wystarczy blaszka do muffinów i czekoladowe kwiato-buły gotowe. A tak naprawdę to oni wszystkie jedzą od razu.
Przepis na drożdżowe róże
2. CIASTKA
T.: Zrobisz nam na jutro ciastka? Tylko, żeby chrupały, i miały te czekoladowe kulki w środku, i żeby też miały masło orzechowe. Dobra?
Wszyscy w naszym domu darzą masło orzechowe bezgraniczną i szczerą miłością. Dlatego do każdych ciasteczek owsianych dodajemy łyżkę masła orzechowego. Nawet bez masła są cudowne!
Przepis na czekoladowe ciastka owsiane
3. LEMONIADA
F.: A może po przedszkolu zrobimy sobie piknik? A potem pójdziemy na plac zabaw?
Jak mawia nasz syn, bez lemoniady nie ma pikniku. Coś w tym jest. Dużo soku z cytryny, nie za dużo cukru, świeża mięta. Lemoniada to magiczny napój. Nasza córka uczulona na cytrusy zamiast lemoniady zawsze dostaje porządnie schłodzony kompot rabarbarowy.
przepis na lemoniadę
przepis na kompot rabarbarowy
4. BAJGLE
T.: Ja chcę tosty z dziurką. I łososiem. I serkiem. Ale nie tym serkiem twarogowym tylko tym w niebieskim opakowaniu!
Najlepsze śniadanie to bajgle (koniecznie bez posypki) opieczone na cudownie złoty kolor, posmarowane świeżym masłem lub serkiem łaciaty (koniecznie tym!). Czasami na serku ląduje odrobina miodu (wersja 6 latka), a czasem dużo wędzonego łososia (wersja 4-latki).
5. MAKARON Z SOSIKIEM
F.: Najbardziej to lubię makaron z sosikiem.
T.: Ale będę mogła trochę pomidorów?
Makaron z sosikiem to po prostu ragu bolognese, czyli klasyczne spaghetti z mieloną wołowiną i sosem pomidorowym. Ponieważ nasza córka nie może pomidorów, robimy jej wersję z pieczoną papryką (bo jest czerwona). Albo odkładamy jej odrobinę mięsa i dodajemy dużo tartej marchewki. A jak dorwiemy pyszne polskie pomidory, to robimy po prostu makaron z sosem ze świeżych pomidorów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























