Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 lutego 2018

Thermomix - tak czy nie?

O Thermomixie słyszeliśmy opinie skrajne. Jedni są absolutnie zachwyceni i nie wyobrażają sobie bez niego życia, inni uważają go za niepotrzebny gadżet. Musieliśmy to sprawdzić. 


Tekst ten nie powstał po to, żeby dać jednoznaczną odpowiedź czy kupić to urządzenie czy nie. Chciałam podzielić się z Wami naszymi obserwacjami i pokazać czego można się spodziewać, jakie są jego zauważalne zalety i jakie ma wady.

Jeśli chcesz poznać zasady działania Thermomixa musisz umówić się z przedstawicielem firmy na prezentację. Podczas dwugodzinnego warsztatu/pokazu samodzielnie przygotowujesz kilka dań ucząc się obsługi urządzenia i poznając jego możliwości. My jako gospodarze zaprosiliśmy na nią dwie zaprzyjaźnione rodziny – w sumie było nas czternaścioro. Sześcioro głodnych dorosłych plus ośmioro dzieci, które bardzo chciały się na coś przydać. Dzieciaki uwielbiają wciskać coś na ekranie, więc dodawanie składników, odmierzanie, przekręcanie było dla nich niesamowitą atrakcją i w zasadzie pokochały Thermomix od razu. Dorośli przez prawie dwie godziny powątpiewali czy tak relatywnie małe urządzenie (misa ma pojemność nieco ponad 2 litry) będzie w stanie „wykarmić” taki tłumek. Okazało się, że zupełnie wystarczyło. Prezentacja się zakończyła, dzieci się pobawiły, goście się rozeszli, pozmywaliśmy, usiedliśmy przy kawie i patrząc na siebie zadaliśmy sobie jedno bardzo ważne pytanie „czy on się sprawdzi w naszej kuchni w której gotujemy dla dwójki dorosłych i trójki dzieci, w tym alergika”?

Mieliśmy niesamowite szczęście, bo nasi przyjaciele są już właścicielami Thermomixa. Ponieważ wyjeżdżali, pozwolili nam przetestować urządzenie przez miesiąc. Dla kogoś, kto dużo gotuje miesiąc daje sporo możliwości.



GOTOWANIE 


poniedziałek, 27 października 2014

Belvedere - jesień w Łazienkach Królewskich

[RECENZJA]


Reprezentacyjny park w Warszawie, idealnie przystrzyżone trawniki, pawie z dumą prezentujące swoje pióropusze i wiewiórki profesjonalnie żebrzące o jakieś smakowite kąski. A pośród tych wspaniałych okoliczności przyrody restauracja Belvedere w Pomarańczarni. Po remoncie, w nowej odsłonie. Piękne wnętrza, które zaprojektował Boris Kudlička, scenograf Opery Narodowej, sprawiają, że nawet siedząc w oranżerii możesz poczuć się, jakbyś ciągle był w parku.
Sielskość tej scenerii dynamizuje jednak menu autorstwa Adama Komara. Polskie, sezonowe składniki i międzynarodowe inspiracje nie pozwalają popaść w nudnawą parkową idyllę.


Zaczęliśmy od foie gras z piernikiem (który po bliższym poznaniu okazuje się być bardziej podobny do aksamitnego brownie), mirabelkami i amarantusem. Połączenie kremu z gęsich wątróbek z czekoladowo-korzennymi nutami i kompotowymi mirabelkami, które napiły się słodkiego porto jest błyskotliwe. I jeszcze jeden drobny dodatek: chrupiący, nieco orzechowy w smaku amarantus. Ziarno, po prostu ziarno. Jego tekstura skutecznie odwraca uwagę od gładkiej, maślanej konsystencji wątróbki i brownie.



Zupa - krem jabłkowo-porowy - jesienna do bólu. Pikantna jest raczej tylko z nazwy w menu, to chyba najbardziej domowo smakujące danie w Belvedere. Ma bogaty, pełny smak i sycącą konsystencję, w której - aby nie zanudzić się kremem - raz po raz trafiamy na podłużne kawałki skarmelizowanego pora i na niewielkiego pierożka ravioli z delikatnym, ziemniaczanym nadzieniem. Coś jak mikroskopijny ruski pieróg, który ukrywa się niczym łódź podwodna u wybrzeży Szwecji. Gdyby tylko jeszcze to nadzienie było ciut wyrazistsze... Ale to i tak zacne danie!


Okoń na pierwsze danie główne. A do niego słoneczny mus dyniowy, chipsy z jarmużu i konfitura z jarzębiny. Labraks cudownie wilgotny, rozpada się pod widelcem się na równiusieńkie kawałeczki. Skórka chrupie, smak naturalny, bez żadnych kombinacji - dobra ryba nie potrzebuje zbytku. Dla musu dyniowego z dodatkiem limonki można żałować, że zamiast widelca nie podają do tego dania silikonowej łopatki, która nie pozwoliłaby ani grama ominąć. A do tego kontrastująca smakowo i kolorystycznie jarzębina. To niesamowite uczucie, kiedy siedzisz w parku, patrzysz na jarzębinę za oknem i jarzębinę na talerzu. Zaczynasz myśleć, że nic nie jest przypadkowe.

Po okoniu zaczynamy odpływać w stan błogiego najedzenia, a tu kelnerzy niczym mistrzowie pływania synchronicznego stawiają przed nami czarny talerz, na którym króluje comber z jelenia na różanym musie, obok kurki w teriyaki (zmyłka dla tych, którzy pomyślą że kwaśno-octowe), kruszony pumpernikiel, kawałek ciasta z rozmarynem i biała piana z rokitnika. Dziczyzna na bogato - trzeba mieć dobrą pamięć lub dobry notes, żeby to wszystko spamiętać. Comber soczysty i delikatny, choć oczywiście można by się spierać o to, czy aby nie za mocno wysmażony. Wszystko smakuje znakomicie - dziko i leśnie, chciałoby się napisać.


Ucztę kończymy gateau czekoladowym z sosem na bazie wódki Goldwasser (z dodatkiem złota) i lodami z pigwy. Do tego gruszka marynowana w koniaku. Ciasto kremowe i nasycone czekoladą w każdym kęsie. Umiejętnie balansuje na linii, która rozdziela miłośników mlecznej i deserowej czekolady. Za to goldwasser, czyli likier ziołowo-korzenny niknie gdzieś w cukrowym żelu i smakuje trochę jak lizak z drobinkami skórki pomarańczowej. Ale lody z pigwy to mistrzostwo – śmietankowe, ale kwaskowate jak należy, pozwalają na złapanie dystansu do czekolady, która lubi dominować.


Restauracja Belvedere pokazała nam doskonałą mieszankę klasyki, pomysłowości i wyrafinowania. Eleganckie dania w karcie puszą się jak pawie w Łazienkach - ale mają powody, jeśli tylko wszystkie smakują tak wybornie jak te, które zjedliśmy. Czy nie zaskakujące jest połączenie kiszonego ogórka z czarną truflą w zupie kremie albo jesiotra z jałowcem i kakao? Pomysły na sezonowe dania doskonałe, lifting wnętrza robi wrażenie (niesamowite są kameralne loże na piętrze). Tylko straszna szkoda, że Belvedere nie proponuje w obecnym sezonie menu degustacyjnego. Miłośnicy dobrej kuchni powinni zdecydowanie spróbować więcej niż jednego dania.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Woda zdatna do picia

[RECENZJA]

Dziś trochę o wodzie i o tym, jak ją uczynić zdatną do picia. Będzie trochę o filtrze do wody, do którego się przekonaliśmy, a potem o filtrowanej wodzie, której prostym sposobem zafundowaliśmy upgrade.


Dwa lata temu nasi wujkowie sprawili sobie filtr do wody, który instaluje się pod zlewem. Byli absolutnie zachwyceni swoim nowym nabytkiem i bardzo nas namawiali na taki sam. Gotowali na tej cudownej wodzie zupy, używali jej do ekspresu do kawy, pili bezpośrednio z małego kranika, który był zainstalowany tuż obok dużego (normalnego) kranu z wodą wodociągową. Nawet sugerowali, że mógłby nam go przynieść Święty Mikołaj, ale jakoś nie byliśmy do niego przekonani. Kupowaliśmy wodę mineralną w 5-litrowych baniakach targając ją na trzecie piętro bez windy i nie mieliśmy z tym większych problemów.
Ostatnio jednak pod naszym zlewem pojawił się filtr Stella. Filtr działa na zasadzie odwróconej osmozy - filtrowanie wykorzystuje taki sam proces jak podczas uzdatniania wody słonej. Na zdjęciu widzicie informacje o eksponacie z centrum naukowego Experyment, gdzie można zobaczyć na własne oczy jak wygląda się taki proces. Pojemniki z filtrami wyglądają na duże, ale spokojnie zmieściły się w naszej szafce kuchennej.


Początkowo do tego filtra też nie byliśmy przekonani. Przez pierwszych kilka dni używaliśmy go w zasadzie tylko do gotowania wody w czajniku. Rzeczywiście, kubki po herbacie nie miały tej okropnej rdzawej obwódki, ale herbata nie miała jakoś nadzwyczajnie innego smaku. Może była delikatniejsza i bardziej aromatyczna. Kilka razy próbowaliśmy ugotować zupę na tej wodzie i też nie odnotowaliśmy diametralnej różnicy w smaku. Wody bezpośrednio z kraniku też raczej nie piliśmy, bo nie umieliśmy pozbyć się tego skojarzenia kran=woda przepływająca przez 40-letnie rury w naszym bloku. 
Do czasu. Pod koniec czerwca A. wyjechał do Norwegii, a w Warszawie panował upał, który nie chciał zelżeć. Woda w baniakach szybko się kończyła, a ja nie miałam siły targać wózka i wody na trzecie piętro. Wtedy też zaczęłam pić wodę z filtra Stella. Smakowała porządnie, była chłodna i zaspokajała pragnienie. Okazało się też, że jest dużo tańsza niż woda, którą kupowaliśmy do tej pory. Roczny zapas filtrów do wody kosztuje około 75 PLN (dla porównania, od początku roku na wodę butelkowaną wydaliśmy ponad 200 PLN). Od tamtego czasu w zasadzie w ogóle nie kupujemy wody w butelkach do domu. I jak ze wszystkim co nowe, teraz nie wiemy jak przez tyle czasu mogliśmy ciągać te baniaki aż na trzecie piętro...
Woda filtrowana okazała się zatem wygodniejsza i dużo tańsza niż woda butelkowana.
Odkryliśmy jednak, że sama woda jest absolutnie nudna. Zaczęliśmy więc ją mieszać z różnymi owocami i tworzyć nasze własne "wody zdatne do picia". Dzisiaj chcemy Was namówić do wypróbowania wody żółtej i różowej. Ich bazą jest woda filtrowana i owoce. Nie dodajemy do nich żadnego dodatkowego cukru ani sztucznych aromatów - cały swój genialny smak zawdzięczają owocom. Taką wodę można przygotować dokładnie tak, jak się lubi. Co najważniejsze, dzieci są w niej absolutnie zakochane!
Informacje o produkcie:
Filtr Puricom Stella
Strona sprzedawcy: Kraina Wody i YouTube 
Kod rabatowy dla Czytelników [-10% do końca lipca] P2PGMT0B


Woda żółta
2 plastry melona
1/2 cytryny
garść świeżych liści mięty
1 litry wody

Melona obieramy, kroimy w kostkę. Cytrynę porządnie myjemy, kroimy w cienkie plasterki. Miętę myjemy. Do dzbanka wkładamy owoce i miętę, zalewamy wodą i wstawiamy do lodówki przynajmniej na godzinę.

Woda różowa
15 malin
1 plaster arbuza
1 litry wody

Arbuza obieramy, kroimy w kostkę i pozbywamy się pestek. Maliny myjemy. Do dzbanka wkładamy owoce, zalewamy wodę i wstawiamy do lodówki przynajmniej na 2 godziny. 

sobota, 24 maja 2014

Ugotuj swój biznes - wygraj książkę!

[RECENZJA]

Czy kupując czekoladę zastanawialiście się kto założył firmę, która ją produkuje? Czy kupując soki jednodniowe zadaliście sobie pytanie jak zaczynał ich producent? Amerykańska dziennikarka odwiedzająca małe sklepy zadawała sobie takie pytania wiele razy i postanowiła spisać najciekawsze historie.
Już 26. maja nakładem wydawnictwa Illuminatio ukaże się tłumaczenie książki Rachel Hofstetter "Ugotuj swój biznes". Autorka przedstawia sylwetki kilku amerykańskich miłośników dobrego jedzenia, którym udało się wejść na rynek i z sukcesem sprzedać swój produkt. Jest opowieść o matce, która nie lubiła zwykłej wody i zaczęła sprzedawać wodę aromatyzowaną owocami (swoją drogą, moi amerykańscy znajomi ją uwielbiają); o chłopaku, który chciał zarobić na swoje wypady w góry i zaczął sprzedawać burritos; o kobiecie, która była pionierką w wypiekaniu bezglutenowych ciasteczek; wreszcie o dziewczynie, która postanowiła sama robić ekskluzywne czekolady z niecodziennymi dodatkami. Jest też coś o blogerach i wycieczkach kulinarnych!


Pierwszą refleksją po przeczytaniu tych wszystkich opowieści jest "Boże, komu by się chciało". Okazuje się, że dobry produkt to za mało, żeby osiągnąć sukces. Oprócz szczęścia potrzeba mnóstwo determinacji, wiary w sukces i przede wszystkim dobrego planu.
Książkę dostałam do recenzji w momencie, w którym jeden ze znajomych mojej przyjaciółki chciał ze mną porozmawiać o wejściu na rynek spożywczy. Z jego doświadczeń wynika, że Polacy nie są skłonni dużo płacić za produkty, nawet jeśli są najwyższej jakości i trudno ich przekonać do eksperymentowania. W książce opisane są podobne problemy i ewentualne rozwiązania, które wydają się logiczne - mniejsze opakowania, konsekwentna komunikacja produktu, pozycjonowanie go w odpowiednich sklepach. Moją jedną, dość smutną, konkluzją było to, że Ci wszyscy producenci opisywani w książce dostali szansę od Whole Foods Market - największej sieci ekologicznych delikatesów w USA - i to pozwoliło im przetrwać i się rozwijać. Nie znam w Polsce żadnych delikatesów tego typu. Takich, do których możesz przyjść z produktem i powiedzieć "cześć, wstawicie to na półkę w tym jednym sklepie na miesiąc?" 
Książkę świetnie się czyta, wszystkie historie są wciągające i każda jest zupełnie inna (co sprawia, że można ją czytać trochę jak lekką powieść, a nie instrukcję obsługi mikroprzedsiębiorstwa). Oczywiście, trzeba wziąć poprawkę na to, że wszystko dzieje się w USA, rady przedsiębiorców odnoszą się do tamtego rynku (np. skontaktuj się z najbliższym biurem Food and Drug Administration...) i tamtejszych regulacji prawnych i sanitarnych. Na szczęście, meritum pozostaje uniwersalne - profesjonalna komunikacja, promocja w docelowym środowisku, etc. Chętnie zobaczyłabym podobną książkę o polskich "jedzeniowych" przedsiębiorcach i ich drodze. 

KONKURS

Wydawnictwo chciałoby obdarować troje Czytelników naszego bloga egzemplarzem książki "Ugotuj swój biznes". Prosimy w komentarzu wpiszcie nazwę polskiej firmy albo produktu z rynku spożywczego, których historia Was fascynuje i można by ją opisać podobnie jak historie zza oceanu. Zostawcie też w komentarzu swój adres e-mail. Na maile czekamy do północy 27 maja. 28 maja wylosujemy 3 odpowiedzi, a adresy e-mailowe Autorów przekażemy Wydawnictwu.

WYNIKI
Dziękujemy za wszystkie komentarze. Maszyna losująca wybrała Autorów komentarzy nr 5, 13 i 19. Gratulujemy!

czwartek, 19 grudnia 2013

Niejadalne prezenty - czyli książki kucharskie

Co się dzieje, kiedy powiesz komuś, że lubisz gotować? Możesz się spodziewać, że pod choinką znajdziesz nie jedną, ale kilka książek kucharskich. Przecież wszyscy chcieli Ci sprawić radość. Z książkami kucharskimi jest trochę jak z ubraniami czy torebkami – niby fajnie mieć ich dużo, ale jest ryzyko, że części nigdy nie użyjesz...
Dlatego dzisiaj przedstawiamy Wam bardzo subiektywną listę książek, które polecamy na tegoroczne Boże Narodzenie różnym Czytelnikom/Użytkownikom.


1. Nie ma jak u mamy Ewa Aszkiewicz (Wydawnictwo Publicat)

Książka z przepisami kuchni polskiej. Oprócz standardowych pierogów czy pomidorowej, są też mniej standardowe receptury na kaszę gryczaną zapiekaną z twarogiem czy jajka zapiekane po wiejsku. W środku dużo starych fotografii (np. autobusu typu "ogórek", szyldu baru mlecznego czy kelnerów w restauracji), porad i anegdot. Początkowo, jako miłośnicy prostoty, jasnych zdjęć i minimalistycznych czcionek, nie byliśmy przekonani do tej pozycji. Ale kiedy książka wpadła w ręce naszych mam – były zachwycone, zaczęły spisywać przepisy (ręcznie!), komentować zdjęcia i anegdoty. Dlatego z czystym sercem możemy ją polecić na prezent dla mamy, cioci lub babci. Chyba że już zakochały się w kuchni Jamiego Olivera i na jakikolwiek "ratunek" już za późno...


2. Fika. Przepisy na 30 klasycznych wypieków. Od małych ciasteczek po świąteczne ciasta (IKEA)

Tania (jak wiele rzeczy w niebiesko-żółtym sklepie) i świetnie wydana książka z przepisami na słodkości do kawy (fika to po szwedzku przerwa na kawę i ciastko). Każdy przepis zajmuje 4 strony. Na pierwszej rozkładówce widzimy fotografię składników, które są zaaranżowane... inaczej niż w innych książkach, tworząc barwne geometryczne kompozycje (piramidki z mąki, kopczyki z kakao, kałuże z mleka, skrupulatnie ułożone w rządek orzeszki). Na kolejnej rozkładówce widać, co z tych składników wyjść powinno. Oczywiście, tekst na marginesie pomaga zrozumieć, jak we własnej kuchni przejść od składników do efektu końcowego (choć w polskim tłumaczeniu jest kilka lapsusów językowych - spostrzegawczym polecamy poszukiwanie "piklowanej skórki pomarańczowej"). Przepisy są absolutnie szwedzkie (vivat kardamon i marcepan!), dość proste i spokojnie można je wykonać w zaciszu własnej kuchni. Dla miłośników wszystkiego, co szwedzkie prezent idealny.


3. Z działki, z lasu i takie tam Agata Królak (Wydawnictwo Dwie Siostry)

Narysowana i odręcznie napisana książka z przepisami na przetwory, konserwy, kompoty, koktajle i nalewki. Czyli wszystko to, co można robić z owoców, warzyw i grzybów. Oryginalna forma graficzna - wygląda trochę jak stary brulion z przepisami mamy Magdy: pożółkłe kartki, wszystko napisane ręcznie, trochę nierówno. Dokładnie jak w zeszycie bez linii. Wszystkie przepisy wychodzą (sprawdzone!), a do tego potrzebujemy do nich wyłącznie tego, co spokojnie można dostać w każdym warzywniaku, jeśli nie mamy działki lub lasu pod bokiem. Świetna książka nie tylko dla dorosłych, ale też dzieci (no dobra, oprócz tej części z nalewkami…)



4. Kulinarne Wyprawy Jamiego Jamie Oliver (Insygnis Wydawnictwo)

Szukacie książki ze szlagierami kuchni marokańskiej, szwedzkiej lub hiszpańskiej? Chcecie przygotować klopsiki, prawdziwy tagine lub paellę, a nie macie pojęcia jak to zrobić? Zaufajcie przepisom Jamiego. W naszej kolekcji mamy już chyba 6 czy 7 jego książek, ale z tej korzystamy zdecydowanie najczęściej. Nie jest to najnowsza pozycja z przepisami Jamiego, ale właśnie tę typujemy na najlepszy prezent Bożonarodzeniowy. Nie dość, ze jest wydana na eleganckim, grubym, matowym (rzadkość w książkach kucharskich!) papierze, to jeszcze ma piękne zdjęcia, do bólu proste i do bólu apetyczne. Przepisy? Wszystko da się przygotować w domowej kuchni. Dania sprawdzone, smakują świetnie, instrukcje są jasne. To prezent idealny dla kuchennych podróżników. Trzeba tylko pamiętać, że czasem receptury wymagają oryginalnych składników, które nie są dostępne w każdym sklepie - cheddar, świeża kolendra, ryż do paelli. Do tej książki można zaglądać, żeby przypomnieć sobie co jada się w różnych krajach, żeby obejrzeć zdjęcia, poszukać inspiracji na kolację dla przyjaciół. To dzięki tej książce zaczęliśmy do pulpetów dodawać posiekaną natkę pietruszki, szczypior i koperek. Są przecież zupełnie powszednimi dodatkami, występują zwykle oddzielnie - a połączone razem gwarantują niepowtarzalny smak.


5. Dom Pełen Smaku Basia Ritz (Wydawnictwo Pascal)
Nie mamy telewizora, więc o tym, kim jest Basia Ritz dowiedzieliśmy się z okładki jej pierwszej książki. Tamta pozycja nas nie zachwyciła (zresztą, to że Basia Ritz jest jej autorką nie było wcale najważniejszą informacją na okładce) - tym razem było inaczej. Zacznijmy od części autobiograficznej. Można w niej przeczytać o pierwszych krokach Basi w kuchni, o podróżach i biesiadowaniu z rodziną i przyjaciółmi. Fragmenty odnoszące się do Masterchefa są dla niewtajemniczonych trochę niejasne - z komentarzy autorki można się domyślać, że konkretna potrawa w telewizji była przyrządzona lub podana troszeczkę inaczej, głównie ze względu na ograniczenia czasowe. Wspomnienia Basi dotyczące produkcji i scenariusza samego programu przekonały nas, że jest to show, którego nie chcielibyśmy oglądać: nie interesuje nas wyścig po trupach do spiżarni, wzbudzanie niezdrowych emocji czy ubarwianie na siłę rzeczywistości, w jakiej znaleźli się uczestnicy - w istocie mniej spektakularnej, bardziej ludzkiej i empatycznej niż to, co było widać w telewizji.
Jednak ta książka ma być książką kucharską - i jako książka kucharska bardzo nam się podoba. Propozycje potraw są pozytywnie zaskakujące, każda ma w sobie jakiś bigiel. Wszystkie można wykonać samodzielnie, chociaż niektóre wymagają wprawnej ręki. Receptury świetnie łączą smaki charakterystyczne dla różnych kuchni, co jest dowodem na to, że autorka rzeczywiście lubi podróże. W książce znajdują się zdjęcia potraw wykonane przez autorkę - nie porywają, gdy porównujemy je ze zdjęciami z książek które lubimy najbardziej - ale porywa przede wszystkim to, że książka jest uwieńczeniem blogowania Basi Ritz. Więc namawiamy na to, żeby zwrócić na nią uwagę.

wtorek, 23 lipca 2013

Próbujemy, zgadujemy - jaki smak mają ciastka?

Czym się kierujecie kupując ciastka w sklepie? My przy szybkich zakupach najbardziej zwracamy uwagę na smak, zadeklarowany na opakowaniu przez producenta. Choć oczywiście z ciastkami bywa tak, że nie zawsze smak, który widnieje na opakowaniu pokrywa się z tym co my czujemy.
Ponieważ ostatnio dostaliśmy do testowania całą paczkę różnych smaków ciastek belVita, pomyśleliśmy sobie, że skorzystamy z okazji i zabawimy się w zgadywanie ich smaków. Poprosiliśmy pięcioro przyjaciół, żeby zjedli kawałek ciastka i napisali na karteczce, jaki według nich ma smak, a potem tę karteczkę położyli obok ciastka. Żeby nikt nie sugerował się odpowiedziami innych, karteczki kładliśmy najpierw do góry nogami. Odwróciliśmy je dopiero, kiedy wszyscy napisali swoje odpowiedzi. Oczywiście, pomiędzy kolejnymi próbami zapewniliśmy naszym testerom wodę do przepłukania kubków smakowych.


Jakie smaki miały ciastka? Sami zobaczcie, co napisali nasi testerzy. Dla porządku podajemy nazwy z etykiet (od lewej do prawej): kakaowe, truskawkowe, orzechowo-czekoladowe, "musli z owocami" i owoce leśne.


Nasze ciasteczkowe zgadywanie okazało się niezłą zabawą i innowacyjnym sposobem na zjedzenie deseru. "Testujemy smaki" zawsze brzmi lepiej niż "Zajadamy się ciastkami"... Możecie oczywiście spróbować tego samego z różnymi innymi produktami. Polecamy!