Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wino. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 listopada 2018

Grzaniec dla małych i dużych

Gløgg, Glühwein czyli grzane wino to kwintesencja przedświątecznych wieczorów i bożonarodzeniowych festynów. Dzisiaj napój zarezerwowany dla dorosłych przedstawiamy w dwóch wersjach - czerwonej i białej (bo dzieciom też się coś należy!)


Czerwony gløgg to grzane czerwone wino z dodatkiem kardamonu, cynamonu i goździków, dużej ilości rodzynek, migdałów, jabłek i ... odrobiny rozmarynu. Ten rozmaryn to jest po prostu cudowny w tym gloggu. Naprawdę podkreśla smak korzennych przypraw i tak cudownie pachnie. Najlepiej jak trochę go podpalicie przed samym włożeniem do kubka (ale nie musicie tego robić - i tak będzie cudowny). Biały gløgg to podgrzany sok jabłkowy z przyprawami korzennymi, odrobiną soku z czarnego bzu i rozmarynem. A jakże! Bardzo nam się podobało przygotowanie dwóch grzańców na raz - mogliśmy się cieszyć czymś wyjątkowym zupełnie rodzinnie.

Pamiętajcie, żeby przygotowując grzańca nie zagotować wina. Grzaniec to zupełnie niskoalkoholowy napój, ale jednak alkoholowy. Najlepiej smakuje pity na ulicy w zimny jesienno-zimowy wieczór. Dobrze wchodzi przy ognisku albo chociaż podczas wieczornego hasania na podwórku. W wersji kominkowo-kanapowo-pokojowej też jest zacny.


W przyszłym tygodniu jadę do Drzewiec do restauracji Water&Wine. Tam właśnie podpatrzyłam jak wspaniale można dodać aromatu napojom. Latem do gazowanej wody szef kuchni Marek Flisiński dodawał syrop z płatków róży i same płatki róży. Do lemoniady dodawał odrobinę jabłek i syropu z bzu. To właśnie to połączenie zainspirowało nas do stworzenia grzańca dla dzieci. Marek zdecydowanie wie, co robi. W tym roku został wyróżniony tytułem Szef Roku przez Żółty Przewodnik Gault&Millau. Serdecznie mu gratulujemy, a nasze podniebienia mówią że zasłużył jak nikt inny!

Czerwony Gløgg
1/4 szklanki soku z pomarańczy, najlepiej świeżo wyciśniętego
100 ml wody 
skórka z pomarańczy
1 laska cynamonu
1 łyżka ziela angielskiego 
1 łyżka ziaren kardamonu
1/2 łyżeczki pieprzu
1 gwiazdka anyżu
1/2 łyżeczki goździków
3 gałązki rozmarynu (plus do dekoracji)
1 litr czerwonego wina stołowego
1/2 pomarańczy, w plastrach
1/2 jabłka, w plastrach 

100 g rodzynek
50 g migdałów w słupkach

1. Do rondelka wlewamy sok pomarańczowy i wodę. Dodajemy skórkę pomarańczową, cynamon, ziele angielskie, kardamon, pieprz, anyż, goździki i rozmaryn. 
2. Na wolnym ogniu doprowadzamy do wrzenia. Przykrywamy i zdejmujemy z ognia. Dodajemy rodzynki i migdały. Zostawiamy pod przykryciem 30 minut.
3. Do dużego garnka wlewamy grzane wino i zawartość rondelka (można odcedzić ją). Dodajemy plastry pomarańczy i jabłka. Podgrzewamy. 
4. Podajemy w szklankach z rozmarynem, rodzynami i migdałami.

Biały Gløgg
1 litr soku jabłkowego, najlepiej tłoczonego
4 łyżki syropu z kwiatów czarnego bzu
skórka z pomarańczy
1 laska cynamonu
1 łyżka ziela angielskiego 
1 łyżka ziaren kardamonu
1/2 łyżeczki pieprzu
1 gwiazdka anyżu
1/2 łyżeczki goździków
3 gałązki rozmarynu (plus do dekoracji)
1/2 pomarańczy, w plastrach
1/2 jabłka, w plastrach 
100 g rodzynek
50 g migdałów w słupkach

1. Do garnka wkładamy wszystkie składniki. Zagotowujemy. Zdejmujemy z ognia, przykrywamy i zostawiamy do ostygnięcia.
2. Podajemy w szklankach z rozmarynem, rodzynami i migdałami.




czwartek, 3 sierpnia 2017

Warto pić wino, które się rozumie [Rozmowa #12]

O tym, jakie wino kupić w prezencie, jakie wino pasuje do śledzia i jak zacząć swoją przygodę z winem rozmawiamy z Wojciechem Cyranem. 



Czy Polacy potrafią pić wino?


Uczymy się. Polska jest krajem piwnym i wódczanym, bo takie są tradycje w naszym regionie. Wino dopiero pojawia się na polskich stołach. W moim domu, kiedy jadło się cokolwiek, nie było na stole wina. Natomiast u moich francuskich kolegów butelka tego trunku zawsze znajdowała się na stole. 
W Polsce kultura picia wina do posiłku rozwija się bardzo dynamicznie,  jednak jest to powolny proces. Kulturowo jesteśmy krajem wódczano-piwnym i zdecydowanie „swobodniej” czujemy się z kieliszkiem wódki czy kuflem piwa niż z kieliszkiem wina. Pijąc wódkę czy piwo po prostu je pijemy, nie zastanawiamy się czy jest to amerykańska IPA, czeski Pils, czy niemieckie pszeniczne piwo. Podobnie z wódką. Nie każdy Polak wie, że Wyborowa jest żytnia, Luksusowa ziemniaczana, a Ostoya pszeniczna. Z winem jest inaczej. Pijąc je możemy czuć się bardziej nieswojo. Pojawiają się pytania: czy wybrałem dobry szczep, czy ten gatunek pasuje do jedzenia, jak trzymać kieliszek w ręku, w jakiej serwować je temperaturze…

A jakie jest Twoje ulubione wino?

Nie mam takiego. To zależy, do czego ma pasować.

Powiedzmy, że przychodzimy w południe do restauracji i chcemy się napić wina do lunchu, to o co powinniśmy poprosić?


piątek, 27 listopada 2015

Wołowina po burgundzku

Z czym kojarzy nam się wołowina po burgundzku? Oczywiście z kultową amerykańską szefową kuchni i pierwszą kulinarną celebrytką - Julią Child. Nam się jednak kojarzy bardziej z Meryl Streep, która w świetny sposób pokazała milionom widzów filmu "Julie i Julia" jak ważne w kuchni jest masło i wino. 

Wołowina po burgundzku to kultowe danie. W filmie pokazane jest jako jedno z najtrudniejszych do przygotowania. A przynajmniej jedno z tych, którego przygotowanie wymaga mnóstwa pracy i cierpliwości. Rzeczywiście, jest tutaj trochę krojenia i podsmażania, ale nie jest to danie trudne. Śmiem twierdzić, że kręcenie sosów na bazie żółtek jest dużo trudniejsze i wymaga więcej wprawy. Tutaj trzeba skupić się na zakupie porządnych składników, dobrym ich pokrojeniu, przesmażeniu i czekaniu. Przepis poniżej jest delikatnie uproszczony, żeby tego siekania było mniej. 

Każda minuta poświęcona przygotowaniom wołowiny po burgundzku się po prostu opłaca. W pieczeniu mięso nabiera delikatnej struktury i szlachetnego smaku, który świetnie podkreśla dolane wino i tymianek. Smakuje i wygląda zjawiskowo! Jest to danie idealne na kolację z ważnymi gośćmi - wszystkie przygotowania czynimy przed włożeniem mięsa do piekarnika, a potem mamy prawie 3 godziny na przygotowanie domu i siebie. Poza tym, wołowina zawsze robi wrażenie. 

Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć film, w którym pokazuję jak zrobić takie danie, zapraszam do obejrzenia kanału European Meat. W filmie mówię po angielsku, ale są wietnamskie napisy (może komuś się przydadzą?)


Czas przygotowania: 40 minut
Czas pieczenia: 2,5 godziny 

Składniki:
1 kg zrazowej górnej
3 łyżki mąki pszennej 
500 ml wina burgundzkiego
600 ml wywaru wołowego
2 marchewki 
1 cebula 
1 łyżeczka soli
1/4 łyżeczki pieprzu
2 łyżki przecieru pomidorowego
3 zmiażdżone ząbki czosnku
kilka sporych gałązek świeżego tymianku
2 pokruszone liście laurowe
½ szklanki cebulek perłowych
olej do smażenia


1. Piekarnik nagrzewamy do 160 stopni Celsjusza.

2. Mięso kroimy w kostkę o boku 5 cm. Marchewkę i cebulę kroimy w plasterki.

3. Na patelni rozgrzewamy olej. Wrzucamy partiami mięso, żeby się obsmażyło z zewnątrz. Ma się delikatnie zbrązowić. Najlepiej robić to partiami. Obsmażone mięso odkładamy do naczynia żaroodpornego.

4. Na tym samym tłuszczu smażymy warzywa przez 3 minuty mieszając. Do warzyw dodajemy wołowinę, posypujemy wszystko solą, pieprzem i mąką. Stawiamy na chwilę na ogniu i podsmażamy mieszając do zrumienienia mąki.

5. Warzywa i mięso przekładamy do naczynia żaroodpornego.

6. Do mięsa wlewamy wino i bulion tak, by je przykryły. Dodajemy przecier pomidorowy, zmiażdżony czosnek, pokruszony liść laurowy, świeży tymianek. Pieczemy pod przykryciem ok. 2,5 godziny. Raz na pół godziny sprawdzamy czy w brytfannie mamy wystarczającą ilość płynu – jeśli nie, dolewamy bulion. Kiedy mięso jest miękkie (najlepiej wyjąć kawałek na talerzyk i spróbować), dodajemy cebulki i pieczemy jeszcze 10 minut.

7. Ostrożnie wyjmujemy wołowinę z piekarnika. Podajemy z bagietką.


wtorek, 30 czerwca 2015

Krem z białych szparagów

Zupa z krem z białych szparagów to dla nas przedsmak wakacji. Delikatna, aksamitna, lekka.  Taka w sam raz na obiad i kolację. Szparagi powolutku się kończą, więc łapcie je póki są. My, oprócz kremu ze szparagów, lubimy szparagi w sałatkach, tartach, z jajkami w koszulce i takie najprostsze - z masłem. Większość ludzi uważa, że w szparagach najlepsza jest delikatna główka. Nasze dzieci są zgoła innego zdania, nie znoszą tych główek, oddają je komu się tylko da. Po to, żeby zechciały zjeść zupę, główki dodaliśmy do zupy i zmiksowaliśmy. Ale wcale nie musicie tak robić. Możecie zostawić je do dekoracji. 

Przepis powstał we współpracy z Cisowianka - Gotujmy Zdrowo. Mniej Soli. Jak się pewnie domyślacie, do kremu ze szparagów nie dodaliśmy soli. 


Czas przygotowania: 45 minut

Składniki:
500 g białych szparagów
1 por 
1 mała cebula
3 łyżki masła
1/2 lampki białego wytrawnego wina
3 szklanki wywaru warzywnego bez soli (z tego przepisu)
200 ml śmietanki 36%
olej lniany do podania

1. Szparagi dokładnie myjemy i obieramy. Odkrawamy główki, jeśli lubimy ich strukturę.
2. Pora dokładnie myjemy i siekamy białą część.
3. Cebulę obieramy i drobno siekamy.
4. Na patelni rozgrzewamy masło, dodajemy cebulę, pora. Smażymy na wolnym ogniu mieszając 5 minut.
5. W garnku rozgrzewamy wywar warzywny, dodajemy obrane szparagi, pora i cebulę, wino. Gotujemy 20 minut.
6. Na patelni rozgrzewamy 1 łyżkę masła i przesmażamy na nim główki szparagów. Jeśli ktoś nie lubi szparagowych główek, może całe szparagi ugotować w wywarze.
7. Ugotowaną zupę zdejmujemy z ognia, dodajemy śmietankę i miksujemy na jednolitą masę.
8. Przed podaniem skrapiamy olejem lnianym.


środa, 26 listopada 2014

Policzki wołowe

Policzki wołowe to, jak sama nazwa wskazuje, mięśnie policzkowe krowy. Są bardzo twarde i niezwykle chude. Na szczęście, długie pieczenie działa na ich korzyść i sprawia, że mięso staje się niezwykle delikatne i miękkie. Rozdziela się na takie małe niteczki i po prostu rozpływa się w ustach. Policzki wołowe przygotowaliśmy według przepisu Karola Okrasy, który znaleźliśmy na stronie jego programu (można przeczytać tutaj). Pięknie pachną rozmarynem, a sos z pieczonych warzyw wspaniale podkreśla smak mięsa. Najważniejsze, że bardzo łatwo się je przygotowuje. A po obejrzeniu filmu Julie and Julia i zmagań z wołowiną po burgundzku, trochę się baliśmy o te policzki. Julia Child na przygotowanie wołowiny po burgundzku poświęcała kilka godzin raz po raz zmieniając temperaturę, coś dodając, coś odlewając... Tutaj wystarczy obsmażyć mięso, warzywa, zalać je wodą z winem i piec. Proste. 
Gdzie można kupić policzki wołowe? Warszawa ma łatwo, bo ma Halę Mirowską i tam można takie policzki po prostu zamówić. Dobra wiadomość dla innych miast jest taka, że w Auchan można zamawiać mięso. Wystarczy zadzwonić do działu mięsnego i powiedzieć czego się potrzebuje. Oni wykroją co trzeba i sprzedadzą. To bardzo ułatwia sprawę. A jak ktoś ma w okolicy prawdziwy sklep mięsny z prawdziwym rzeźnikiem, to jest w mięsnym raju i nie musi się szczególnie trudzić. 


Czas przygotowania: 20 minut
Czas oczekiwania: 3 godziny

Składniki:
1 kg policzków wołowych
3 pędy selera naciowego
1 mały seler korzeniowy
2 marchewki
1 cebula
3 gałązki świeżego rozmarynu
5 łyżek mąki pszennej
3 ząbki czosnku
4 ziarna ziela angielskiego
3 liście laurowe
200 ml wina czerwonego (najlepiej burgundzkiego)
200 ml wody
2 łyżeczki soli 
2 łyżeczki pieprzu
10 łyżek oleju

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 160 stopni Celsjusza. 
Policzki wołowe myjemy, osuszamy, oprószamy solą, pieprzem i 2 łyżkami mąki. Smażymy na oleju z obu stron na złoto i wkładamy do naczynia żaroodpornego. 
Seler korzeniowy, marchewki, cebulę obieramy i kroimy w duże kawałki. Pędy selera naciowego kroimy w duże kawałki. Wszystkie warzywa oprószamy pozostałą mąką i wrzucamy na patelnię z 5 łyżkami oleju. Na patelnię wrzucamy też czosnek, liść laurowy, ziele angielskie i rozmaryn. Podsmażamy 5 minut, aż warzywa się delikatnie zezłocą. Dolewamy wino, czekamy aż się zagotuje. Następnie wszystkie warzywa z winem przekładamy do naczynia żaroodpornego, wlewamy wodę. Naczynie przykrywamy i zostawiamy w piekarniku na 3 godziny.
Wyciągamy z piekarnika mięso z warzywami. Połowę warzyw miksujemy na gładką masę. Na talerze wykładamy pokrojone w plastry policzki, pieczone warzywa, polewamy sosem. Ozdabiamy świeżym rozmarynem. Podajemy z ugotowaną kaszą gryczaną, świeżą bagietką albo pieczonymi ziemniakami. 


poniedziałek, 10 listopada 2014

Wędzona pierś z gęsi ze śliwkowym musem

Jedzenie gęsiny na świętego Marcina to bardzo stara polska tradycja. W książce "Polskie tradycje świąteczne" Hanna Szymanderska dokładnie opisuje ten zwyczaj. Otóż, na początku listopada włościanie mieli obowiązek rozliczenia się ze swoimi panami. Prawdopodobnie najczęstszą daniną były dorodne gąski. Mając ich pod dostatkiem, we dworach organizowano wystawne przyjęcia podczas których serwowano dania wyłącznie z gęsiny. Potem zwyczaj ten przejęli też chłopi i takim sposobem we wszystkich polskich domach gęś stała się symbolem świętego Marcina. Był to zwyczaj zapoczątkowany na długo przed ustanowieniem Święta Niepodległości właśnie na 11 listopada. Dlatego starania o przywrócenie gęsiny na polskie stoły to nie jest tylko marketingowa fanaberia. 
Jeśli komuś brakuje czasu czy odwagi do upieczenia dorodnej gąski, bardzo polecamy przepis Pawła Kilbarta na wędzoną gęsią pierś z musem ze śliwki kalifornijskiej i buraka. Mus jest wyjątkowo aromatyczny i słodki. My przepis delikatnie tylko zmodyfikowaliśmy dodając odrobinę cynamonu i soku z cytryny.


Czas przygotowania: 2 godziny

Składniki:
300 g wędzonej piersi z gęsi
2 duże buraki
2 pomarańcze
2 gałązki rozmarynu
2 cm korzenia imbiru
1 laska cynamonu
1 gwiazdka anyżu
150 g śliwki kalifornijskiej
300 ml wytrawnego czerwonego wina
sok z 1/2 cytryny


Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjusza. Buraki zwijamy w folię aluminiową i pieczemy ok. 80 minut. Wyjmujemy z piekarnika, studzimy i obieramy. Buraka kroimy w kostkę lub za pomocą łyżki do melona wykrawamy z niego kulki. 
Pomarańcze dokładnie myjemy. Jedną z nich obieramy starając się nie zniszczyć skórki. Z obu owoców wyciskamy sok. Wlewamy go do garnuszka, dodajemy rozmaryn i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy na małym ogniu 3 minuty. Do soku wkładamy buraka i odstawiamy na 20 minut. 
W tym czasie przygotowujemy śliwki. Owoce kroimy w paseczki. Do garnka wkładamy śliwki, posiekany imbir, cynamon, anyż, skórkę pomarańczową, wlewamy wino i sok z cytryny. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy na małym ogniu przez 5 minut. Zdejmujemy z ognia, wyciągamy anyż, cynamon, skórkę pomarańczową i blendujemy na gładkie puree.
Pierś kroimy w cienkie plasterki. Na talerzu układamy kawałki buraka, plasterki gęsi i mus. 


niedziela, 13 kwietnia 2014

Pieczona biała kiełbasa z warzywami w białym winie

Śniadanie w Wielkanoc zaczyna się zwykle od żurku z białą kiełbasą i jajkiem na twardo. Choć reguła nie jest żelazna, bo na przykład w domu M. żurku nie jadło się nigdy. Jadło się parzoną białą kiełbasę z domowym chrzanem. Mistrzem kiełbasy jest od wielu lat tata M., który dba i jej jakość do tego stopnia, że ma specjalny kieliszek, którym odmierza ilość soli potrzebą na kilogram mięsa. Kieliszek jest świętością i pod żadnym pozorem nie można go użyć do czegoś innego. 
Z kiełbasą wiąże się wiele anegdot. Jedną z nich jest to, że nasze dzieci absolutnie odmawiają jedzenia sklepowej "kijbałski" twierdząc, że jest niedobra i że chcą "kijbałski od dziadka". I przynajmniej raz w tygodniu chcą jeść na śniadanie parzoną białą kiełbasę. Tylko skąd wziąć taką jak domowa? Na szczęście, jest jeszcze słynna pani Ania z Hali Mirowskiej. Jej syn jest kiełbasianym mistrzem i mimo, że przyprawia ją trochę inaczej, dzieciaki są zachwycone. 
Ostatnio kiełbasę upiekliśmy ze szpinakiem, brukselką, ziemniakami i białym winem. Pieczenie białej kiełbasy to świetna alternatywa do parzenia. Kiełbasa jest soczysta i chrupiąca z góry, nie oddaje nic ze swojego smaku zalewie, którą potem się zwykle wylewa. A warzywa dają poczucie, że jest to prawdziwy, pełnowartościowy obiad.
Przepis "krok po kroku" możecie znaleźć na stronie Piotr i Paweł. 


Czas przygotowania: 1 godzina

Składniki: 
2 białe kiełbasy
1 opakowanie świeżych liści szpinaku
3 ziemniaki
½ czerwonej cebuli
6 brukselek
1 szklanka białego wina stołowego
4 łyżki oliwy z oliwek
½ łyżeczki soli


Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180 stopni Celsjusza. Szpinak dokładnie myjemy. Ziemniaki obieramy, kroimy w półcentymetrowe plasterki. Brukselki myjemy, usuwamy zewnętrzne liście. Każdą brukselkę przekrawamy na pół. Cebulę kroimy w cienkie krążki. Na dno naczynia żaroodpornego wlewamy 3 łyżki oliwy z oliwek. Kładziemy liście szpinaku, plastry ziemniaków, brukselkę i cebulę. Oprószamy solą. Kiełbasę dokładnie nacieramy pozostałą oliwą i układamy na warzywach. Wlewamy wino. Całość przykrywamy folią aluminiową i pieczemy 20 minut. Po tym czasie zdejmujemy folię i pieczemy kolejne 10 minut.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Przyprawa korzenna do grzańca dla dorosłych i dla dzieci
[Jadalne Prezenty #4]

Nie ma zimy bez grzańca. Niezależnie od tego, czy pijecie ciepłe wino, piwo czy cydr - wszystko musi pachnieć przyprawami korzennymi. Dziś przedstawiamy kolejny pomysł na jadalny prezent świąteczny - sakiewki z przyprawami korzennymi do grzańca. Rzecz prosta i jednocześnie niebanalna. Jeden woreczek wystarczy do przygotowania grzańca dla 4-5 osób.
Aby z przyprawy do grzańca zamkniętej w woreczkach z gazy uczynić prezent wystarczy kilka sakiewek ładnie opakować i dołączyć instrukcję, którą podajemy poniżej. Wersję grzańca dla dorosłych wszyscy znamy i pewnie obędzie się bez instrukcji. Ale co z dziećmi? Wcale nie namawiamy do serwowania grzanego wina niezależnie od wieku. My naszym dzieciom serwujemy ciepły sok jabłkowy z przyprawami korzennymi. Nalany do "dorosłych" szklanek. Mają swojego grzańca!


Czas przygotowania: 10 minut

Składniki:
2 laski cynamonu
3 gwiazdki anyżu
1 łyżka całych ziaren kardamonu
2 łyżeczki ziaren ziela angielskiego
2 łyżeczki ziaren czarnego pieprzu
1 łyżeczka ziaren czerwonego pieprzu (opcjonalnie)
1 łyżeczka goździków

dodatkowo:
1 opakowanie gazy 
sznurek do wędlin lub mocna nitka

Z gazy wycinamy 3 kwadraty o boku 10 cm. Każdą laskę cynamonu dzielimy na mniejsze części (wystarczy uderzyć w nie tępą stroną noża). Kardamon delikatnie miażdżymy. W miseczce mieszamy wszystkie składniki przyprawy. Dzielimy je na 3 równie części. Każdą z nich kładziemy na środku kwadratu z gazy. Zawiązujemy je sznurkiem tak, by utworzyły woreczek. Voila!


Instrukcja przygotowania grzańca
Do garnka wlewamy 1 butelkę czerwonego półwytrawnego wina, dodajemy 2-3 łyżki miodu, 1 pomarańczę pokrojoną w plastry ze skórką (wcześniej warto ją sparzyć), 1/2 gruszki pokrojonej w półplastry lub kostkę i woreczek z przyprawami. Mieszając podgrzewamy, nie dopuszczając do zagotowania. Gorący grzaniec rozlewamy do kubków/szklanek. 

Wersja dla dzieci:
Do garnka wlewamy 3 szklanki soku jabłkowego, dodajemy 1 łyżeczkę miodu,  1 pomarańczę pokrojoną w plastry ze skórką (wcześniej warto ją sparzyć) i 1/2 gruszki pokrojonej w półplastry lub kostkę i woreczek z przyprawami. Podgrzewamy, aż będzie ciepłe i rozlewamy.


wtorek, 29 października 2013

Szwajcarskie fondue „moitié-moitié”

Kiedy na blogu Chillibite zobaczyłam informację o konkursie, w którym można było wygrać wycieczkę do Szwajcarii, pomyślałam, że byłoby wspaniale "ugryźć" taki różnorodny kraj. Udało się. Czworo blogerów, jeden zawodowy fotograf i jedna specjalistka od Szwajcarii ruszyło na podbój kraju serem i czekoladą płynącego. Przez cztery dni smakowaliśmy dziczyzny, regionalnych serów, kasztanów i innych szwajcarskich dóbr, o których napiszę jeszcze oddzielnego posta na blogu. Dzisiaj czas na fondue.


Prawdziwego szwajcarskiego fondue kosztowaliśmy w Les Diablerets. Les Diablerets to mała miejscowość położona w alpejskiej dolinie, ze wszystkich stron otoczona górami. Legenda głosi, że wszystkie lawiny schodzące z gór są wywoływane przez diabły grające w kręgle i usiłujące zbić najwyższy szczyt w okolicy. Podczas naszej szwajcarskiej wyprawy diabły najwyraźniej spały i dały nam w spokoju cieszyć się urokami gór. I szwajcarską kuchnią, oczywiście. Nic - oprócz czekolady - nie kojarzy się ze Szwajcarią tak jak serowe fondue. Dla wielu Szwajcarów fondue to szybki sposób na energetyczną regenerację po całodziennych zmaganiach z zimowymi stokami.

 

Klasyczne fondue przygotowuje mężczyzna (głowa rodziny), który stoi nad garnkiem i miesza ser. Nie bez znaczenia jest tu jego rodzaj : każdy region ma swoje ulubione typy, ale połączenie vacherin i gruyere’a uznane jest za klasyk. W Auberge de la Poste (czyli starym budynku pocztowym przerobionym na restaurację) mogłam podszkolić się w sztuce mieszania sera i - jak na prawdziwego faceta przystało - dałam sobie radę! Tam też poczułam, że w jedzeniu fondue jest coś magicznego – wszyscy w ciszy z wielkim skupieniem wkładali swoje kawałki chleba do caquelon (tak się nazywa naczynie do fondue), pieczołowicie nabierali ser i z namaszczeniem zjadali. Może wcale nie chodziło o magię ale o strach - tego, kto upuści chleb spotyka bowiem kara (np. bieganie po mrozie bez kurtki, a potem bez butów, koszulki...). Niezależnie od tego jest wiele przyjemności w takim wspólnym biesiadowaniu, jedzeniu z jednego garnka, ostrożnym nabieraniu kęsa za kęsem. Spokój, dobre jedzenie, dobrzy ludzie wokoło i mnóstwo pozytywnych emocji.
Po moim powrocie zrobiliśmy oczywiście fondue w domu. Jeśli i Wy macie ochotę, podajemy przepis.



Czas przygotowania: 20 minut

Składniki:
1 bagietka pszenna
200 g sera Vacherin
200 g sera Gruyere
150 ml białego wina stołowego
1 ząbek czosnku
½ łyżeczki gałki muszkatołowej
2 łyżki kirschu (opcjonalnie)
pieprz

Bagietkę kroimy w kostkę 2 cm. Sery kroimy w małą kostkę lub ścieramy na tarce o grubych oczkach. Wrzucamy do garnka, wlewamy wino, dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę (lub bardzo drobno posiekany), gałkę muszkatołową. Nie przerywając mieszania podgrzewamy na małym ogniu do całkowitego rozpuszczenia sera. Zdejmujemy z ognia, dodajemy kirsch, stawiamy na podstawkę do fondue (jeśli mamy zestaw do fondue czekoladowego, sery rozpuszczamy w rondelku, a już gotowe przelewamy do naczynka).
Jak jeść? Na widelec do fondue nabijamy kawałek bagietki, zbierając z dna garnka zataczamy nim ósemki. Wyciągamy, delikatnie obracamy w powietrzu, aż krzepnący ser „okręci się” wokół chleba. Oprószamy pieprzem na talerzyku i zjadamy.

I jeszcze kilka zdjęć z Les Diablerets:

Les Diablerets położone jest w Alpach Berneńskich. Jest to piękna i spokojna miejscowość w której na co dzień mieszka 3000 osób. W trakcie sezonu narciarskiego zmienia się nie do poznania - 8000 turystów robi swoje. 
Piękny dom zbudowany w osiemnastym wieku. Fasada domu jest swoistym pamiętnikiem rodzinnym  - zostały na niej wyryte ważne daty i wydarzenia. 

Muzem Ormonts w Vers-L'Eglise, wsi położonej obok Les Diablerets. Można w nim oglądać wystawę poświęconą historii ziołowego likieru Bitter des Diablerets. 

Niesamowita elewacja składająca się z nachodzących na siebie deseczek. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie - tym bardziej, że pochodzi z początku dziewiętnastego wieku. 

poniedziałek, 14 października 2013

(Ku)piliśmy wino - relacja z Kocham Wino Fest

W ostatnią sobotę w warszawskim Forcie Legionów próbowaliśmy dobrego wina. Już drugi raz uczestniczyliśmy w festiwalu wina organizowanym przez Centrum Wina. Poprzednia edycja odbyła się w maju i pisaliśmy o niej na naszym blogu.
Wydarzenie wyjątkowo sympatyczne: niezobowiązująca degustacja przy kilku stoiskach, podzielonych wg rodzaju wina i widełek cenowych, do tego przekąski (choć zdecydowanie mniej niż za pierwszym razem – szkoda…), konkursy i pokazy sommelierskie. W trakcie degustacji swoje typy można zapisywać w specjalnych katalogach degustacyjnych (w tym roku było w nich ponad 100 win), a przed wyjściem – najlepsze kupić z festiwalową zniżką (przy większych zakupach – dostawa gratis).


Nie jesteśmy wielkimi znawcami wina, zwykle towarzyszy ono jedzeniu – nie odwrotnie. Częściej pijemy białe niż czerwone – a to chyba wśród profesjonalistów jest faux pas. Mimo że czytamy od czasu do czasu o winie, to słabo posługujemy się sommelierską terminologią… Ale nawet z tej zupełnie laickiej perspektywy festiwal był doskonałą okazją, żeby po prostu poćwiczyć smakowanie wina i rozmowę o winie, o upodobaniach, o łączeniu go z potrawami.
Frekwencja dopisała (w ten weekend zresztą „frekwencja” to było w stolicy słowo-klucz). Przy niektórych stoiskach było nawet tłoczno. Z naszych obserwacji wynika, że najwięcej chętnych chciało degustować win z najniższej „półki cenowej” (do 29 zł) i z tej najwyższej dostępnej na festiwalu (powyżej 100 zł).


Wśród najtańszych udane były na pewno orzeźwiające stołowe Soldepenas Blanco i lekko musujące Septiembre White Frizzante Mendoza. Wśród najdroższych czerwonych najprzyjemniejsze było chyba kalifornijskie Black Stallion Cabernet Sauvignon (bogate, ale nie za ciężkie), a wśród białych… biały sauvignon Pouilly Fume Pascal Jolivet (rewelacyjny byłby do szparagów!). W odrębnej konkurencji powinniśmy jeszcze odnotować aksamitną słodką maderę Cossart Gordon (wg etykiety leżakująca 5 lat). Choć win słodkich i wzmacnianych nie było za wiele (szkoda), więc i o porównanie trudno.
Ostatnio stwierdziliśmy, że nasza domowa „piwniczka” (a w praktyce – karton z butelkami stojący w szafie) jest całkiem pełna, bo co jakiś czas dostajemy wino w prezencie, a spożycie mamy raczej niewielkie. Dlatego tym razem – mimo wielu kuszących okazji – do domu kupiliśmy sobie tylko dwie butelki, ze środkowego przedziału cenowego: zaskakująco bogate, leżakujące 5 miesięcy w dębowych beczkach Conde de Valdemar Rioja Blanco i słodki tokaj Oremus Szamorodni w charakterystycznej pólitrowej butelce. Biała rioja na dobry początek kolacji, a tokaj – na deser do sernika. Tak przynajmniej to sobie dzisiaj wyobrażamy.
Crust and Dust był patronem medialnym Kocham Wino Fest.


niedziela, 19 maja 2013

Dla tych, co lubią wino

Tydzień temu odbył się w Warszawie Festiwal Kocham Wino, organizowany przez Centrum Wina. Przez kilka godzin w Forcie Legionów można było do woli degustować win, całej rozmaitości win o różnych kolorach smakach, ze Starego i Nowego Świata. Na festiwalu można było spróbować ponad 100 gatunków wina, krążąc z lampką pomiędzy kolejnymi stolikami.
Z naszych obserwacji wynika, że największym zainteresowaniem cieszyły się wina najdroższe (bo była to nie lada okazja, aby tylu ich gatunków spróbować) i te z najtańszej półki, poniżej 20 zł (bo po spróbowaniu tych najdroższych większość gości chciała jednak kupić kilka butelek do domu). Jeden z gości festiwalu, którego spotkaliśmy przy kasie zdradził nam, że z premedytacją próbował najdroższych czerwonych win, przekonując się jednak że jego plebejskie podniebienie nie akceptuje tak silnych tanin i z czystym sumieniem zakupił trunki tańsze, które po prostu mu smakowały. 
Nie jesteśmy prawdziwymi ekspertami od porównywania "aromatów", "bukietów", "nut", "apelacji" i "kupaży", choć zawsze chętnie czytamy recenzje trunków w "Kuchni" albo na blogu dotrzechdych.pl.



Po kilku(nastu) zdegustowanych lampkach stwierdziliśmy, że nawet laik jest w stanie użyć prostego kryterium "pij to co ci smakuje" (z koniecznym dodatkiem "pij to na co cię stać") i próbować bronić wyników takiej degustacji przed sugestiami ceny (droższe to może lepsze), ładnych etykiet, smukłych butelek czy barwnych językowo opisów. Nie wiemy, czy nam się to udało, ale dla zainteresowanych podajemy nazwy win, które sobie kupiliśmy na festiwalu:
   - Kiwi Wine (białe, 2011), Vinarstvi Zajeci, Nowa Zelandia
   - Black Tower Pinot Grigio (białe, 2010), Kendermann, Niemcy
   - Black Tower Rose (różowe, 2009), Kendermann, Niemcy
   - Canaletto Primitivo Puglia IGT Rosso (różowe, 2009), Casa Girelli, Włochy
   - Pauletts Polish Hill River Riesling (białe, 2010), Sunland Wines, Australia
Ewidentnie mieliśmy tego dnia smak na białe wino. Nic dziwnego, idzie lato. Trzeba by gościom coś dobrego do sałatek podać.


Nie samym winem jednak człowiek żyje, nawet na festiwalu wina. Nas oczywiście bardzo zainteresowała wyspa z jedzeniem. Były tam trzy perełki - czekolady z Manufaktury Czekolady, bezy z truskawkami z Bella Beza i nasz krajan - ser koryciński. Niestety, pojawiły się też nienajlepsze odpiekane bagietki służące chyba do oczyszczania kubków smakowych, jako że były przy wszystkich stołach degustacyjnych.
Na warsztaty z łączenia win z daniami już się nie załapaliśmy, ale miny uczestników podczas degustacji sugerowały, że świeżo przyrządzone mule w białym winie były nieziemskie.


wtorek, 30 kwietnia 2013

Kocham Wino Fest - wygraj wejściówki!

Już 12 maja w Forcie Legionów w Warszawie odbędzie się Kocham Wino Fest - Festiwal Dobrego Smaku - impreza dla miłośników dobrego wina i dobrego jedzenia. Crust and Dust jest patronem medialnym tej imprezy i ma dla Was 5 podwójnych zaproszeń. 
Podczas Festiwalu każdy będzie mógł spróbować ponad 120 win produkowanych w różnych krajach i regionach winiarskich. Wszystkie wina będzie można kupić w specjalnej cenie. W strefie "dobrego smaku" czekać będzie wszystko, co idealnie łączy się z winem - sery korycińskie, ekologiczne bezy czy czekolady z Manufaktury Czekolady.
Podczas Kocham Wino Fest odbywać się będą również warsztaty winno-kulinarne i pokazy kulinarne. Poprowadzą je Jakub Budnik, szef kuchni wine baru Puławska Wine & Food, oraz Norbert Brzoza, jeden z najlepszych doradców ds. wina w Centrum Wina. Pokażą, na co zwracać uwagę przy dobieraniu wina do potraw, by osiągnąć wyjątkowy i niezapomniany smak. 
Informacja dla rodziców: na Festiwal można zabrać dzieci - animatorki i kącik zabaw gwarantowane. 


Informacje:
Kocham Wino Fest - Festiwal Dobrego Smaku
12 maja 2013, niedziela, godz. 12.00-20.00
Fort Legionów, ul. Zakroczymska 12, Warszawa
Bilet wstępu 10 zł (+ 10 zł kaucja zwrotna za kieliszek).
Klubowicze Kocham Wino - wstęp bezpłatny
Dzieci - wstęp bezpłatny
Bilety do kupienia już teraz w sieci sklepów Centrum Wina oraz w dniu imprezy przed wejściem. 

Mamy dla Was 5 podwójnych zaproszeń na Festiwal. Wystarczy, że w komentarzu napiszecie 10 słów, które kojarzą Wam się z winem. Autorzy najciekawszych komentarzy otrzymają wejściówki na Kocham Wino Fest. Na komentarze czekamy do soboty 4 maja (anonimowych prosimy o podanie adresu e-mail). W niedzielę opublikujemy listę najlepszych komentarzy, a w poniedziałek wyślemy zaproszenia.